Odpowiedz 
Alejandro González Inarritu
12-05-2011, 06:34 AM (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2011 01:40 PM przez Rodia.)
12-05-2011 06:34 AM
Alejandro González Inarritu
[Obrazek: 600full-alejandro-gonzalez-inarritu.jpg]

W latach dwutysięcznych Hollywood zostało zaatakowane przez meksykański temperament trzech ziomów od tego czasu pieszczotliwie nazywanych tam Trzema Amigos. Z tej intrygującej grupy Alejandro Gonzalez Inarritu zdaje się być tym najmniej zdolnym. Co, broń Boże, nie oznacza, że jest złym reżyserem. Po prostu pozostała dwójka, Guillermo del Toro i Alfonso Cuaron dała się poznać genialnym wręcz kinowym wyczuciem mieszając w swych dziełach rozrywkę ze sztuką i tworząc filmy, z których dwa stały się - przynajmniej dla mnie - jednymi z najlepszych ubiegłej dekady. Mowa oczywiście o Labiryncie Fauna i Ludzkich Dzieciach.
Na tle oszałamiających dokonań swoich kumpli dorobek Inarritu, trzeba to wyraźnie zaznaczyć, nieco blednie mimo, że, jak to niestety często bywa, jego filmy dostały chyba więcej nagród i nominacji do tychże nagród niż wszystkie pozostałe dzieła jego kolegów razem wzięte. No, może przesadzam. Nie zmienia to jednak faktu, że meksykański reżyser wyrobił swój niepowtarzalny filmowy język, który jak wskazuje jego ostatnie dzieło, ciągle ewoluuje i dojrzewa. A to zawsze dobry znak. No i jednak, mimo wszystko, Inarritu wciąż może się pochwalić rzadką dziś pozycją reżysera, który nie nakręcił jeszcze ani jednego złego filmu.
Wyłączając etiudy skręcone do kompilacji w rodzaju tych poświęconych zamachom z 11 września czy festiwalowi filmowemu w Cannes (których nie widziałem) filmowy dorobek Inarritu jest wciąż dość skromny - to zaledwie cztery filmy, z których pierwsze trzy stanowią tzw. Trylogię Śmierci. No i właśnie - z doświadczenia wiem, że gdy reżyser łączy parę swych filmów w jakieś trylogie, dylogie, czteroksięgi i inne bzdety jest to subtelny sposób powiedzenia: "Aha, sorry, nie miałem pomysłu na nowy film więc nakręciłem stary drugi raz, tyle, że z inną obsadą i akcją w innym miejscu" (tak jak ma to miejsce we "Wstręcie" i "Lokatorze" Romana Polańskiego). Inarritu jednak, jakkolwiek zaskakujące by to nie było, moim zdaniem zdołał uniknąć tej pułapki i mimo, że opisy fabuł jego dwóch pierwszych filmów na różnorakich serwisach wyglądają nawet nie podobnie, ale IDENTYCZNIE, naprawdę nie można go posądzić o autoplagiat i zżynanie z własnych pomysłów. Trylogia Śmierci, mimo, że jakimś wiekopomnym dziełem nie jest, odcisnęła na kinie swoje piętno i żyje swym własnym filmowym życiem. Jednak jakkolwiek szanuję i doceniam talent Inarritu w budowaniu wielowątkowych, "porwanych" opowieści moim zdaniem prawdziwy, dojrzały styl reżyser pokazał dopiero w swym ostatnim dziele.
Poniżej krótki opis każdego z jego filmów.

Amores Perros - 2000 r.
[Obrazek: 51X0QYZB1NL._SL500_AA300_.jpg]

Pierwszy "tom" Trylogii Śmierci, debiut filmowy Inarritu i jednocześnie jeden z najlepszych meksykańskich filmów ever (nie to, żebym się znał na ichnim kinie, ale tak stoi na wszystkich serwisach filmowych więc... :P). Nazywana "meksykańskim Pulp Fiction" (jak dla mnie straszne nadużycie) opowieść o trójce ludzi, których losy na moment złączą i rozłączą się przez pewien wypadek samochodowy na ulicy miasta Meksyk.
"Amores Perros" jest powszechnie uznawane za jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat, co nietrudno zrozumieć - film znakomicie oddaje klimat ponurych meksykańskich przedmieść i w godny podziwu sposób pokazuje do czego potrafią zniżyć się ludzie biedni, przegrani, pokonani przez los, aby przetrwać. Każda z trzech historii jest doskonale zagrana, a Inarritu z gracją godną wieloletniego zawodowcy wodzi nas pomiędzy nimi snując swoją czasem ponurą, czasem czarno-humorzastą, czasem smutną, ale zawsze prawdziwą opowieść o swym rodzinnym mieście. Wyobrażam sobie jakim zaskoczeniem i objawieniem musiał być ten film w 2000 r. To tutaj też swoją pierwszą rolę zagrał Gael Garcia Bernal.
8/10

21 gramów - 2003 r.
[Obrazek: 1808467110p.jpg]
Schemat fabularny - niemal identyczny jak w przypadku poprzednika, tyle, że akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych i z innymi bohaterami. Trzy historie połączone wypadkiem samochodowym. A jednak - "21 gramów" otacza widza zupełnie innym klimatem i nastrojem niż pierwsza część Trylogii Śmierci, opowiada zresztą też o zupełnie innych rzeczach. Tym razem miast naturalistycznego przedstawienia życia we współczesnym Meksyku Inarritu stawia na intymne i emocjonalne aspekty snutych przez siebie historii. Są one o wiele bardziej kameralne i osobiste, znacznie poluzowano też ich społeczne zacięcie. Również schemat opowieści jest nieco inny - tym razem cała trójka bohaterów spotyka się w zakończeniu w celu ostatecznej rezolucji problemu.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden problem - najwyraźniej sam zaskoczony swym talentem reżyserskim Inarritu daje się tu ponieść swemu kunsztowi i opowiadane historie "rwie" do tego stopnia, że widz cały początek filmu spędza na próbach zrozumienia o co tu w ogóle chodzi i kto jest kim. Ale największą wadą tej techniki jest fakt, że z uwagi na inny schemat fabularny, opowieść w "21 gramach" z, jak mniemam, większym powodzeniem można by przedstawić klasycznie, prosto, bez żadnych zabaw z chronologią. A tak to przebojowa otoczka porwanej narracji staje się tak naprawdę pustym narzędziem, wcale nie służącym opowiadanej historiii. Tym niemniej i tak jest bardzo dobrze, a aktorstwo Seana Penna i Naomi Watts miażdży.
7.5/10

Babel - 2006 r.
[Obrazek: MPW-20365]

Ostatnia część Trylogii Śmierci przez wielu jest uważana za najlepszy film Inarritu, przez innych wielu - za imponującą, choć nieco pustawą w środku wydmuszkę próbującą opowiadać o wielkich rzeczach i kończącą na małych emocjach. Ja jestem gdzieś pośrodku - na pewno nie uważam "Babel" za wydmuszkę, ale też jestem zdania, że arcydziełem byłby ten film dopiero, gdyby nadać historii finalny szlif i poprawić parę rzeczy.
Tym razem mamy nie trzy, ale cztery opowieści, w dodatku dziejące się na terenie czterech krajów - USA, Meksyku, Maroka i Japonii. Z wyjątkiem dwóch historii marokańskich, żadna z nich nie jest ze sobą bezpośrednio związana choć oczywiście istnieje między nimi łącze metaforyczne, można też powiedzieć, że przedmiotem uruchamiającym łańcuch wydarzeń obejmującym wszystkie z nich (a więc w jakiś sposób właśnie łączącym) jest pewien karabin.
"Babel" to ambitny film chcący poruszać wielkie problemy i wielkie sprawy i wywoływać wielkie emocje. Czy mu się to udaje? Na pewno w jakimś sensie tak - kunszt reżyserski Inarritu objawiający się w perfekcyjnym montażu, lawirowaniem pomiędzy czterema opowieściami i wspaniałych kreacjach aktorskich jest godny pozazdroszczenia. Tym niemniej miejscami faktycznie można poczuć, że "Babel" próbuje być czymś więcej niż jest, a ambitny zamiar objęcia narracją całego świata jest jedynie sprytną zagrywką. Czuć niestety w tym filmie nutę pretensjonalności, choć na szczęście ani trochę więcej.
7.5/10, Amores było lepsze, bo i właśnie mniej pretensjonalne.

Biutiful - 2010 r.
[Obrazek: biutiful-poster.jpg]

Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do "Babel" Inarritu miał, nazwijmy to, różnicę zdań ze swoim nadwornym scenarzystą Guillermo Arriagą, która spowodowała zakończenie współpracy artystycznej między panami. Jako, że to właśnie Arriaga w dużej mierze był odpowiedzialny za fabularne schematy przenikających się historii dominujące w poprzednich filmach Inarritu można było przypuszczać, że bez jego wsparcia następny film meksykańskiego reżysera będzie zupełnie inny niż poprzednie. I tak też się stało w istocie.
"Biutiful" to historia Uxbala, o którym jedyną pewną rzeczą jaką można powiedzieć jest to, że został iście okrutnie potraktowany przez scenarzystów. Uxbal bowiem:

a) jest samotnym ojcem wychowującym dwójkę dzieci;
b) zmaga się z niechcącym wygasnąć uczuciem do psychicznie chorej cierpiącej na alkoholizm byłej żony;
c) pomaga imigrantom z różnych dziwnych krajów jak np. Chiny znaleźć pracę, żeby nie zostali deportowani i próbuje z tego wyżyć;
d) został właśnie zdiagnozowany ze śmiertelną formą raka i umrze za parę miesięcy.

A do tego jeszcze ma kontakt z duchami i dorabia sobie jako pośrednik między duszami świeżo zmarłych ludzi, a członkami ich rodzin, często mającymi z nieboszczykami jakieś niedokończone sprawy.
Widać, że od czasu Trylogii język filmowy Inarritu znacząco ewoluował. Jest znacznie bardziej dojrzały - miast stawiać na widowiskową, "ambitną" narrację poruszającą wielkie problemy jak w przypadku "Babel" reżyser tym razem prowadzi skromną i kameralną wiwisekcję duszy głównego bohatera, granego przez niezastąpionego Javiera Bardema, który gra absolutnie nie-sa-mo-wi-cie. Ponoć zagrał lepiej niż wszyscy pozostali nominowani do ubiegłorocznego Oscara aktorzy, ale prawie nikt z Akademii "Biutiful" nie widział i dlatego Oscara chłopak Penelope Cruz nie dostał ;] W tle mamy też pokazany skrawek życia ubogich warstw współczesnej Barcelony, nie to jest jednak obiektem zainteresowań reżysera.
"Biutiful", oprócz tego, jest też wizualnym poematem. Tak, poematem, inaczej tego nazwać się nie da. Inarritu obdarza swój film nieprzyzwoitą wręcz dawką obrazowego piękna i liryzmu, które bez reszty hipnotyzują widza. Dawno już nie miałem do czynienia z tak dojrzale i pięknie nakręconym filmem - dopiero "Biutiful" ostatecznie udowadnia jak wielkim mistrzem w reżyserii stał się Inarritu. Szczerze, po ambitnej i patetycznej narracji w "Babel" w życiu bym się nie spodziewał, że ten sam reżyser jest w stanie nakręcić coś tak kameralnego, szczerego i dojrzałego.
To jeden z tych filmów, które łatwo przeoczyć, zbyć jako nudne i pretensjonalne (i najwyraźniej właśnie to się z "Biutiful" stało) i które jest w stanie docenić stosunkowo wąska grupa odbiorców. Np... innych reżyserów, co udowodnili Sean Penn, Werner Herzog czy Michaal Mann wyrażając swoje uznanie i podziw dla nowego filmu Meksykańczyka. "Biutiful" w żadnym razie nie jest przebojowe, można je wręcz nazwać zupełnym przeciwieństwem "Babel" i oddziałuje raczej tylko na jeden typ emocji - ten wizualny. Faktem jest, że Inarritu popełnia szkolne błędy, ma problemy z utrzymaniem tempa i chwilami zwyczajnie z zainteresowaniem widza tym co się dzieje na ekranie. Bo tak w ogóle, to jest to film, szczerze mówiąc, dość nudny - w dodatku bardzo, ale to bardzo ponury, nawet jak na Inarritu, który nawet nie stara się zrównoważyć go jakąkolwiek dawką humoru. Jednak z powodu czystego podziwu nad olbrzymim skokiem ewolucyjnym w talencie i podejściu meksykańskiego reżysera mogę wystawić może trochę nie zasłużone i na wyrost, ale za to dane z kredytem na przyszłość
8/10.

Co czeka Inarritu w przyszłości? Nie mam pojęcia - po "Babel", które wydawało się, że ma być jego magnum opus byłem gotów skazać go na artystyczny niebyt, a tu się nagle takie "Biutiful" objawiło. Nie mam pojęcia co zrobi teraz, ale po jego ubiegłorocznym filmie wierzę, że jest na tyle zdolnym artystą, że jeszcze niejeden raz nas zaskoczy.

No i to by było na tyle. Teraz chyba pójdę spać.
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
12-05-2011, 08:26 AM
12-05-2011 08:26 AM
 
swego czasu http://forum-kmf.fc.pl/viewtopic.php?t=4473

Inarritu to na pewno jeden z ciekawszych, oryginalnych twórców współczesnego kina. Jak na razie każdy jego film był co najmniej bardzo dobry, a "21 gramów" bliski wybitności. "Biutiful" zasysam, bo innej opcji w tym kraju nie ma.

Celuloidowi Fetyszyści: Seks, perwersja, krew
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
12-05-2011, 08:32 AM
12-05-2011 08:32 AM
 
Zachęciłeś mnie, żeby obejrzeć "Biutiful". Inarritu znam bardzo dobrze, widziałem wszystko, co do tej pory zrobił i wszystko mi się bardzo podobało. Na czele z fenomenalnym "Amores Perros". "21 gramów" też rewelacyjne, najsłabiej z tej trójki pamiętam "Babel" (może czas na powtórkę?).

TOP 100
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
12-05-2011, 02:50 PM
12-05-2011 02:50 PM
 
Inarritu to na pewno solidny twórca z własnym głosem, który nie boi się mówić o ważkich sprawach i poruszać niewygodnych tematów. Ale potrafi też przynudzać - wszystkie jego filmy cierpią na tą przypadłość, choć złe nie są. Z tych co widziałem chyba najbardziej wstrząsa 21 grams, choć i Babel nie zgorsze.

Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/mymovies/list?l=27018617
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości