Bioshock?
#81
http://www.ppe.pl/news-26378-filmowego_bioshocka_nie_bedzie__ale_zachowaly_sie_koncepty.html

Odpowiedz
#82
Brzydkie te arty (pewnie baaardzo wczesne, i bardzo wstępne, robione w pół godziny), ale widać że chcieli się wiernie trzymać stylistyki gry, co akurat było jedynym słusznym rozwiązaniem.

Odpowiedz
#83
http://www.filmweb.pl/news/Czy%C5%BCby+%22Bioshock%22+mia%C5%82o+jednak+trafi%C4%87+do+kin-104290
Hail to the king, baby!

Odpowiedz
#84
Możliwy przyczynek do dyskusji:

Infinite ma szalenie przereklamowaną i przekombinowaną fabułę. Ktoś się zgodzi?

Przeszedłem w końcu ostatnią część trylogii (1 i 2 uwielbiam) i, cholera, mam wrażenie, że to jeden z największych zawodów, jakie sprawiły mi kiedykolwiek gry.

Odpowiedz
#85
Przekombinowaną - tak. Przereklamowaną - nie. To najambitniejszy projekt Levine'a i chwilami chwieje się pod ciężarem tej ambicji, ale nawet jego wpadki są bardziej interesujące niż większości scenarzystów gier. Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów.
A dwójka jest moim zdaniem mierna i ewidentnie doczepiona na siłę - oto Sophia Lamb, tak zajebiście ważna dla historii Rapture, że w ogóle nie wspomina się o niej w jedynce. Lame.

Odpowiedz
#86
SPOILERY!

Dwójka ma niby najsłabszą (a moim zdaniem - najmniej skomplikowaną) fabułę, ale zarazem nie udaje nie wiadomo jak dojrzałego traktatu sci-fi i biorąc garściami świetne elementy z poprzednika dodatkowo poprawia kilka problemów (mini gierka z hackowaniem, równoczesne używanie plasmidów i broni), słowem - ma najlepszy gameplay z serii. W starciu z jedynką przegrywa na poziomie historii, postaci no i nie wali tak po mordzie, bo zna się już Rapture i efekt "wow" raczej nie występuje.

Lubię Levine'a (Thiefa [geniusz!] i System Shocka 2 wręcz wielbię [swoją drogą - jedynym istotnym dla mnie problemem Bioshocka jest wielopoziomowe podobieństwo właśnie do SS2]), ale przy Infinite przekombinował. Na wstępie zaznaczam, że wiedziałem o obecności twistu fabularnego (to znaczy byłem przygotowany, że jakiś będzie, natomiast nie znałem szczegółów), stąd pewnie moje największe rozczarowanie. Bo w Bioshocki generalnie gram dla fabuły (często krytykuje się gameplay tych gier - rozumiem zarzuty, ale ich nie podzielam [aczkolwiek Infinite mnie nudził, pewnie przez uproszczenie rozgrywki] i oczekuję brainfucka. No więc tutaj nie było brainfucka, bo takie rozwiązanie, jakie zaserwowano w epilogu wydawało się najbardziej oczywiste (wiem, brzmię teraz jak te wszystkie internetowe Nostradamusy przewidujące finał filmu po 20 minutach), jeśli uważnie interpretowało się i łączyło w całość podawane skrawki intrygi. Ale ok, to nie jest największym problemem; najbardziej boli, że to jest durne i nieangażujące. Durne, bo oparte na paradoksach (tak często występujących w historiach o podróżach czasowych) i dziurach fabularnych, nieangażujące, bo przez cały ten myk multiwymiarowy kompletnie nie obchodził mnie los postaci. Bo mogą wszystko w każdej możliwej kombinacji. Booker może gwałcić analnie Elizabeth w jednej wersji wydarzeń, w drugiej za wynaleźć lek na raka i stworzyć miasto w kosmosie (wiadomo, there's always a man, there's always a city). Multum możliwości powoduje, że nie jestem w stanie się tym wszystkim emocjonować (to tak, jakby, dla przykładu, w The Thing większość bohaterów była nieśmiertelna, a Cosiek biegałby po śniegu i płakał, że nie może zabijać/zarażać ludzi). Tak więc podczas odkrycia kart miast rwać włosy z głowy i modlić w amoku się do posążka Kena wziąłem z kubek z herbatą z biurka, pociągnąłem spory łyk płynu i odłożyłem kubek na biurko. Tak po mnie spłynęła fabuła Infinite. Ech, a tyle mi ta gra naobiecywała (i znajomi, i recenzje, i internauci)...
Piszesz, że Levine ambitnie podszedł do sprawy. Sam nie wiem. Może to porwanie się z motyką na słońce, a może grafomaństwo i pretensjonalność najgorszego sortu. Na tę chwilę skłaniam się ku tej mniej idealistycznej i bardziej wyrachowanej wersji.

Ta gra to 10/10 i arcydzieło do momentu nieudanego rzutu piłką (szczyt osiąga w momencie wejścia do Columbii [to Bajoszoki zawsze robiły doskonale - prezentowały ogrom i piękno miasta]). Później wchodzi raczej nudny, uproszczony gameplay z głupimi decyzjami designerskimi i chyba największy bełkot świata na poziomie scenariusza (może z czasem się zdystansuję i wymóżdżę bardziej stonowane stwierdzenie). Swoją drogą ironicznym jest (w pejoratywnym znaczeniu), jak nieistotne są wszystkie "decyzje" stawiane przed graczem w kontekście całego tego gromkopierdnego pieprzenia o wyborach i ich konsekwencjach.

1 > 2 >>> Infinite. W skali 10-cio stopniowej wygląda to tak: mocna 9, solidna 9 i słaba 7. Czas na Burial at Sea. Tym razem przezornie nie stawiam oczekiwań.

Możesz rozwinąć to -> "Zresztą nawet jak komuś nie pasują te międzywymiarowe kombinacje, to rzecz działa na kilku innych poziomach i ma parę świetnych protagonistów." Wielopoziomowość widzę w jedynce (z tego też powodu uważam, że jej fabuła to arcydzieło), ale tutaj?

Odpowiedz
#87
Choćby dzięki osadzeniu w takim a nie innym kontekście historycznym. W jedynce to całe art deco fajnie wyglądało, ale było w grze na zasadzie "bo tak". W Infinite ta groteskowo wyidealizowana, kolonialna wizja w połączeniu z konkretnymi realiami historycznymi w których Booker jest solidnie osadzony (wystawa bitewna to mój ulubiony fragment gry) tworzy spójną i sugestywną całość, która wykracza poza proste "niewolnictwo i rasizm som złe". Nie bez powodu jednym z najbardziej antypatycznych czarnych charakterów w grze jest czarnoskóra kobieta. Dostajemy tu malowniczo koszmarną wizję nie tylko Południa, ale Ameryki jako takiej. To w sumie zdecydowanie bardziej mnie interesowało niż jazdy międzywymiarowe, przy których nie da się nie potknąć.
Zresztą ja z kolei uważam jedynkę za nieco przereklamowaną, tak gameplayowo jak i fabularnie. Mamy tu kilka efektownych chwytów, ale ja osobiście słynny zwrot akcji uważam za dość tani, zwłaszcza przez nieszczęsnego Franka Fontaine i jego Scooby Doo reveal. Serio, czy kogokolwiek obchodzi ten gość? Czy kogokolwiek obchodzi w ogóle co się dzieje w grze po zejściu ze sceny Ryana? Osobiście uważam, że w całej grze nic nie dorównuje części poświęconej Steinmanowi - zdecydowanie najlepszej i najbardziej przekonująco popierdo..nej postaci w jedynce. A to sam początek gry. Potem próbowali czegoś podobnego z Cohenem, ale znowu - wyszło tanio (ojej, jaki szalony morderca-artysta, ileż można).
A co do największego bełkotu świata na poziomie scenariusza, to zalecam dla uzyskania stosownej perspektywy Final Fantasy XIII - ale to już inna historia.
Infinite - 9, jedynka - 8, dwójka - 6.

Odpowiedz
#88
Columbia wygląda jak Disneyland, co nie do końca zazębia się z backgroundem historycznym/obyczajowym, art deco można za to łatwo wytłumaczyć całą tą "misją" Ryana i hordą artystów "na pokładzie", no ale powiedzmy sobie wprost - obydwa miasta są fancy i sexy, bo łatwiej sprzedaż produkt z pocztówkową grafiką. Nic mi tutaj nie przeszkadza, bo te lokacje są po prostu piękne.

Twist z "would you kindly" może i jest oklepany, ale już sposób w jaki zostaje zapodany niszczy system i dodaje grze dodatkową wymiar. Z oceną gry po śmierci Ryana zgodzę się częściowo - zaimplementowano tam ciekawą mechanikę i obdarzono głównego bohatera dobrą motywacją do rozwalenia Fontaine'a. Nie czułem znużenia, grało się równie dobrze. Jedynym problemem była końcowa walka - tutaj rzeczywiście brakło twórcom pomysłów/czasu.

Wracając do Infinite - znamienne, że chwalisz wątek poboczny i niejako ganisz główną oś fabuły. Teoria wielu światów to jednak główne danie, a tutaj Levine poległ. Zgadzam się za to, że wątek Vox Populi daje radę (nie idąc w banalny podział źli biali - zniewoleni, bogobojni czarni), również etap w Hall of Heroes uznaję za ulubiony. Szkoda tylko, że ten pierwszy motyw nie wybrzmiewa odpowiednio i służy jako pretekst do pojawienia się kolejnych strzelających przeciwników (no i zawiera w sobie akcję z pójściem po Azjatę i broń oraz przejście do innych wymiarów, czyli moment, w którym fabuła zalicza pierwszy raz glebę), a ten drugi ma chyba subtelnie hintować wielki twist (co czyni, ale nieporadnie). Ale ok-ey, tutaj może czepiam się na wyrost.

Kolejny gigantyczny problem - nie czułem więzi z Elizabeth (rozwala mnie wszechobecna podnieta na jej punkcie). Po prostu, spoko jest i tyle. Nie kupuję przemiany Bookera z gościa chcącego spłacić dług do bohaterskiego obrońcy damsel in distress, nie kupuję ich relacji, a podbicie stawki końcowym rozwiązaniem na mnie nie działa. Jeśli miałbym wybrać ulubioną "postać", to wybrałbym dwie (albo trzy, w zależności od podejścia) - ptaka i Lutece & Lutece (jako comic relief), czyli te najmniej ludzkie. W tym zbierającym baty (również za fabułę) Bioshocku 2 był taki Augustus Sinclair, którego los obszedł mnie bardziej niż dowolnego bohatera Infinite.

Cholera, ale płaczę. 3 dzień po przejściu, a dalej odczuwam irytację. W cholerę ambiwalentne odczucia, bo i w tym (niewątpliwie) dziele jest masa dobra i w cholerę rzeczy, które kompletnie nie zagrały. Piękna i równocześnie najbardziej przereklamowana gra uniwersum (tego i każdego innego). To mówił Jarząbek.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości