Ankieta: Jak oceniasz film?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
Wpisać twórców do notatnika!
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





Death Note (Netflix)
#1
[Obrazek: death-note-banner-2-23.jpg]

No to tak, po wielu latach, jedna z wielu adaptacji która miota się po Hollywodzie (Akira, Ghost in the Shell, Battle Angel Alita... itd.), dostała się w łapy Netflixa.
Dla tych co nie wiedzą, Death Note, to manga, która zyskała sławę po adaptacji anime. Bohaterem jest Light, pewnego dnia znajduje tzw. notatnik śmierci, który zgubił Ryuk, czyli Shinigami (Bóg Śmierci), który pochodzi z krainy gdzie żyją Shinigami, istot które zabijają ludzi by przedłużyć swoje życie. W notatniku śmierci mogą wpisać imię tego który ma za zginąć oraz  w jaki sposób ma zginąć, choć wpisując same imię, taka osoba ginie w ciągu godziny na zawał serca.
Light postanawia za pomocą notatnika oczyścić świat z przestępców, a nagłą liczbą ich śmierci, zaintrygowana jest policja oraz utalentowany detektyw L.

No i właśnie w przypadku L'a jest duża zmiana "wizualna". L to dość charakterystyczna postać japońskiego fandomu, biały chłopak z worami pod oczami, chodzący boso i będący wyjątkowo ekscentryczny.
Tak się prezentuje...
A tak wygląda w wersji Netflixa.
Główne rolę grają, Nat Wolff (Light), Keith Stanfield (L) i Margaret Qualley (Mia).
Nie wiadomo kiedy premiera, nie wiadomo czy całkiem odejdą od pierwowzoru, czy nie :|  ale sam pomysł jest dosyć oryginalny.

Odpowiedz
#2
Niech poprawią błędy i słabostki/głupoty scenariusza anime, które się zaczynają gdzieś w okolicach 2/3 serialu. Wtedy może być arcydzieło - bo cała reszta jest rewelacyjna.
Kłótnie na forach są jak wyścigi w domu wariatów: nieważne czy wygrasz, czy przegrasz, wciąż pozostajesz pacjentem.

Odpowiedz
#3
Jeszcze nie widziałem udanej aktorskiej wersji anime więc jestem sceptycznie nastawiony. Z drugiej strony jak to jest Netflix to jest szansa, że jednak wyjdzie coś dobrego. Materiał źródłowy jest świetny, więc jest jakaś szansa na dobry serial.
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2

Odpowiedz
#4
Nowinka obsadowa.

William DaFoe zagra... Ryuka :3

[Obrazek: dafoe.jpg]

Odpowiedz
#5
Jeśli ten czarny facio ma konkurować z animowaną L-ką, to mnie śmiech ogarnia. To tak jakby Jokera miał zagrać, nie wiem... Heath Ledger ;)

Dafoe akurat pasuje idealnie do Ryuka. Pożyjemy zobaczymy. Ale główną siłą anime była konfrontacja L z Kirą, a ten Keith Stanfield mnie zupełnie nie przekonuje.

Odpowiedz
#6


Pierwszy trailer i zmieniłem zdanie

Czarny "L" de Assassin, to spełnienie marzeń.

Light w mandze to socjopatyczny megaloman i wyrachowany geniusz, dbający o nienaganny wygląd, to był banał.

Filmowy Light o wyglądzie narkomana z blond grzywką, uciekającego przed policją to strzal w dychę.

Odpowiedz
#7
Wygląda OK, ale jak tylko przypominam sobie kto to wyreżyserował to mi się odechciewa.

Odpowiedz
#8
Aktorstwo głównego bohatera... ała... to... boli.


Odpowiedz
#9
Prawie zasnąłem.

Gdyby nie Ryuk to bym nawet nie skojarzył tego z "Death Note". I "L" będzie sobie biegał publicznie, a jego tożsamość ma chronić chusta na twarzy? Przecież to kompletnie zabija sens tej postaci.
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
#10
Wygląda jak kolejna, rozczarowująca produkcja Netflixa. Ja się przyzwyczaiłem. :)

Odpowiedz
#11
Pojawiły się pierwsze recenzje i wynika z nich jedno, że wzięto pomysł i zrobiono wszystko inaczej, począwszy od fabuły po charakter postaci na których bazują, obejrzeć, obejrzę, ale niesmak będzie, szczególnie gdy wszystko co oryginalne i unikatowe z pierwowzoru zostało olane i sądząc po paru spoilerach główna idea/morał też.

Odpowiedz
#12



:) Szanuję za dobór gragmentów
Everything is so dense, every single image has so many things going on...

Odpowiedz
#13
Zazwyczaj tego nie robię, ale tym razem muszę:

Po 30 minutach - jakie to jest złeeee :)

Odpowiedz
#14
Film dziś wylądował na Netflixie. W przerwie od seriali zdecydowałem się obejrzeć. Od razu zaznaczę, że nie znam anime. A sądzę, że Netflix robiąc "Death Note" liczył, że trafi do znacznie większej liczby widzów niż tylko fanów pierwowzoru. Może zachęci ich do sięgnięcia po anime? Zbuduje sobie markę i nakręci kolejne części? Nie wiem co sobie myśleli.
"Death Note" w swoich założeniach ma świetną podstawę fabularną i duży potencjał, na dodatek całkiem niezła obsada. Ale wyszło dla urozmaicenia gówno, totalne nieporozumienie i drugi najgorszy film tego roku (nie, "Mumia" nadal wygrywa).



+ Margaret Qualley i Willem Dafoe, czyli jedyni w obsadzie którzy chcą i którzy potrafią. Margaret (21-lat) to aktorka do której mam nie małą słabość, jest przeurocza, młoda i po za taką sobie rolą w "Nice Guys" zachwyciła mnie w "The Leftovers" gdzie postać która miała idealne papiery na irytującą kretynkę dzięki niej (i scenariuszowi też) stała się jedną z moich ulubionych w tym serialu. Tutaj także sobie radzi, czerpie jakąś frajdę z gry, kombinuje jak wycisnąć cokolwiek z drętwych i głupich sytuacji/dialogów. Plus jest jedynym pozytywnym aspektem wizualnym.
No i Dafoe, gra samym głosem, ale Ryuk takowy ma bardzo fajny, czuć w nim jakąś grę, dobrze się go słucha, sama postać jest przeto choć trochę interesująca.

+ Ostatnia piosenka była całkiem dobrze dopasowana

+ Pierwsze 35 minut dało się oglądać, choć było to głupie, pocięte to jednocześnie wtedy jeszcze nie nużyło i nawet interesowało, akcja leciała do przodu i nie miałem wtedy jeszcze ochoty przerzucać filmu dalej.

+ Trwa 100 a nie np. 101 minut, wtedy byłoby znacznie gorzej





- Motywacje, rozterki wewnętrzne bohaterów....gdzie to wszystko do cholery podziało? Gdzie jakakolwiek głębia bohaterów? Czemu żaden z nich, ŻADEN nie dostaje ŻADNEGO sensownego rozwinięcia. Taki Light, dowiadujemy się o jego tragedii z przeszłości z 3 dialogów (jednego rzuconego w sposób wybitnie żenujący) i nagle mamy uwierzyć, że dzięki temu jest w stanie zabijać setki ludzi bez mrugnięcia okiem? Czemu ani on ani jego dziewczyna nie mają rozterek? Czemu nie waha się nawet przez moment, tak po prostu obserwuje brutalną śmierć jakiegoś głupka, przechodzi nad tym do porządku dziennego?? W jakim świecie musiał żyć, że takie coś nie zostawia w nim żadnego śladu?
No dobra, żeby być uczciwym, co jakiś czas się zastanawiają czy na pewno kogoś zabić po czym wychodzą z sytuacji zazwyczaj idiotycznie i bez sensu. Emocje ludzi do okoła, świata też są jakieś sztuczne i wymuszone, halo, ale ktoś właśnie ma moc zabijania setek ludzi?! Może ktoś by zareagował? Nie ma żadnej dostrzegalnej walki poglądów, dyskusji, są jedynie urywki, strzępki. Nie ma tu jednak tak jak w np. "Live by Night" gdzie po prostu widać miejsca gdzie ucięto masę materiału...tutaj ewidentnie widać, że nigdy więcej scen nie było.
Sugerowane jest szaleństwo naszych bohaterów, momentami zmieniają im się priorytety, ale to wszystko też jest poprowadzone bez emocji, chaotycznie i kompletnie irracjonalnie. A całe ewentualne "szaleństwo" jest straszliwie sztuczne.


- Light i Detektyw. No jeden gorszy od drugiego. Jako postacie są beznadziejni, pozbawieni głębi ,ciekawych charakterów i dialogów. Jako aktorzy....TRAGEDIA. Ten co grał tego beznadziejnie wyglądającego L...WTF? On tam w ogóle grał? Pomijam irytujący głos, tak beznamiętnej, drewnianej gr..tfu, tak beznamiętnego czytania dialogów i biegania po planie dawno nie widziałem. Na dodatek absolutnie nie sposób uwierzyć w jego zdolności detektywistyczne gdyż każda dedukcja przychodzi totalnie z dupy. Śledztwo? Zapomnijcie, nie ma nawet skrawka. Obaj są po prostu tragiczni.


- Cały drugi plan.

- Film jest przepełniony głupotami, idiotyzmami i irracjonalnymi zdarzeniami, jest ich jednak ciut mniej niż w innych filmowych tragediach tego roku.

- Dialogi nie porywają, nie mają głębi, nie uderzają w czułe struny (a mogły, ba, powinny), plus jest taki, że nikt nie rzuca to co sekundę ekspozycją.

- Świat kompletnie nie jest rozbudowany, nie wiemy o nim praktycznie nic, dostajemy jedynie jakieś pojedyńcze skrawki, nie mamy pojęcia jak dokładnie różni się od naszej rzeczywistości, jakie zasady nim kierują, nic.


- Design Ryuka o ile jest jeszcze spoko, tak reżyser nie jest w stanie zbudować wokół tej postaci ani grozy, ani tajemniczości, napięcia, nic, każda scena z nim zamiast być oczekiwaną bomba jest absolutnie bezpłciowa i zwyczajna, postać ratuje przede wszystkim Dafoe.


- Bardzo kiepska realizacja, słabe scenografie, średnie zdjęcia, bardzo słaba reżyseria, brak jakiegokolwiek klimatu, stylu, fajnych zabiegów.


- Wszystko inne





Ocena? No, takie 3/10

Odpowiedz
#15
Ta adaptacja jest zła na tylu poziomach... ale chyba najbardziej boli Light vs. L. To powinno być jak Sherlock vs. Moriarty, a nie Harry vs. Lloyd :/
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
#16
Wingard po raz kolejny udowadnia jak żałosnym jest reżyserem. Ten facet nie potrafi sklecić jednej spójnej, trzymającej się kupy sceny, prowadzić aktorów, znaleźć odpowiedniego tonu i konwencji, nie ma za grosz wyczucia.

Wierzę że oryginał jest ciekawy, bo i ciekawy jest pomysł wyjściowy, ale opowiedziana tu "historia" to jakiś koszmar, fabuła leci ma złamanie karku, najciekawszy wątek - wymierzanie sprawiedliwości notatnikiem - zostaje dosłownie odjebany w ile, 3 minuty? po czym dostajemy śmiechu wartą imitację kryminału w wykonaniu jednej z najbardziej bekowych, godnych politowania postaci jakie widziałem, czyli detektywa geniusza "Ojej jaki jestem ekscentryczny jem cukierki nie sypiam siadam w śmieszny sposób i rozrzucam wokół siebie przedmioty prawda że jestem ekscentryczny? Prawda?". W ogóle aktorstwo trzech L (Light, L. i lasia) to coś trudnego w oglądaniu.

Po co tu w ogóle ten Ryuk? Postać do wycięcia, nic nie wnosi.

Nie chce mi się dłużej o tym pisać, ode mnie 1/10 i póki co tytuł ścierwa roku.

Przypominam że ten facet nakręci "Godzilla vs King Kong", w ciemno wpisuję na pierwsze miejsce najgorszych filmów 2020.

Odpowiedz
#17
O w morde, ale świetny, dziwny, zabawny i niepokojący film! Nie wiem jak to się ma do oryginalnej chińskiej bajki, ale film jest taki uroczo dziwny, że trudno było mi go nie polubić. W sumie jedyne, co bym mu na te chwile zarzucił to, że kończy się takim pół-cliffhangerem. Ale jeżeli powstanie jeszcze jedna albo dwie części to może nie będzie mi to wadzić. (Gorzej jak nie powstanie już żadna. ;))

[Obrazek: DIHkodeXYAAmTo1.jpg:large]

Na te chwile myślę, że to mocne 8/10, choć zobacze jak przy drugim seansie. Pomysl ma świetny potencjał i licze, że pójdzie w jeszcze większe hardkory później, bo tu można robić naprawde fajne dziwne rzeczy. No i licze na więcej humoru (także czarnego). Padłem jak L zaczął krzyczeć na widok Ryuka, a sekwencja rozpadającego się diabelskiego młynu była cudna (oby sequel mial wiekszy budżet :)).



<3

(26-08-2017, 03:04)Mierzwiak napisał(a): Wingard po raz kolejny udowadnia jak żałosnym jest reżyserem. Ten facet nie potrafi sklecić jednej spójnej, trzymającej się kupy sceny, prowadzić aktorów, znaleźć odpowiedniego tonu i konwencji, nie ma za grosz wyczucia.
Coś ty. Przecież ten film ma wyraźny i konsekwentny ton oraz konwencje. :) To jeszcze bardziej przerysowana wersja tego, co było już wcześniej w "You're next" i "The Guest". Wingard ma swój specyficzny styl, więc trudno uznać go za żałosnego reżysera. Ta mieszanka może się komuś nie podobać, ale wizje ma jednak dość klarowną. To tak jak np. z Lynchem.

Cytat:najciekawszy wątek - wymierzanie sprawiedliwości notatnikiem - zostaje dosłownie odjebany w ile, 3 minuty?
Na początku też mi to wadziło, ale potem to najciekawsze nastąpiło właśnie. Przynajmniej dla mnie. Dla mnie ciekawsze jest to, jak bohaterów niszczy ta moc niż to jak używają jej by czynić dobro.

Cytat:Po co tu w ogóle ten Ryuk? Postać do wycięcia, nic nie wnosi.
Z punktu widzenia scenariusza: dla ekspozycji. Z punktu widzenia historii: by ryć banie bohaterowi i być diabłem na ramieniu. :)
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
#18
Cytat:Nie wiem jak to się ma do oryginalnej

Jak "Dragonball Evolution" do "Dragon Ball". Ogólnie film sprawia wrażenie, jakby Wingard wybiórczo wyciągnął z oryginału kilka motywów i pomyślał "Hej, weźmy do spierdolmy". Sorry, jeżeli amerykanie nie potrafią przełożyć "Death Note" na język filmowy, to niech sobie odpuszczą już kompletnie adaptacje jakiejkolwiek mangi/anime.

Zaczynam porządnie martwić się o "Godzilla vs. Kong". "The Guest" było bardzo spoko, ale po mocno średnim "You're Next" i teraz jeszcze tym kupsztalu, zastanawiam się, czy to nie było chwilowe natchnienie, które już uleciało :/
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
#19
Przecież to nie jest kwestia tego, że "amerykanie nie potrafią" ;) tylko własnie tego, że Wingar wybrał kilka elementów, które mu pasowały i zrobił swój film.

(26-08-2017, 04:22)Grievous napisał(a): Zaczynam porządnie martwić się o "Godzilla vs. Kong". "The Guest" było bardzo spoko, ale po mocno średnim "You're Next" i teraz jeszcze tym kupsztalu, zastanawiam się, czy to nie było chwilowe natchnienie, które już uleciało :/
No ja jestem mega zajarany, że ktoś takiemu ciekawemu reżyserowi postanowił dać taki temat. :) Ale dziwie się, że podobał ci się "The Guest", a nie podobało ci się "You're Next" i to.
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
#20
Death Note to jeden z najłatwiejszych do przeniesienie historii ze świata mangi i anime, a oni mimo to koncertowo to zniszczyli, wzięli to co było oryginalne i wyjątkowe nie tylko na tle japońskich produkcji, ale ogólnie rzecz biorąc komiksów i filmów i zrobili z tego najbardziej przewidywalny i sztampowy film jaki tylko mogli.

Serialowy Light był socjopatą z kompleksem boga, był najlepszym uczniem, zawsze dbał o nienaganny wygląd i był niesamowicie inteligentny czego był świadom, dlatego wszystkich traktował protekcjonalnie.

W filmowej wersji jest to przestraszony dzieciak sam nie mający celu w tym co robi i nie będący nawet pewnym tego co robi i dopiero pod koniec filmu wygłasza sentencje, że chciał oczyścić świat, choć tak naprawdę na to nie wyglądało, bo to co robił było nie spójne i poza scenami z "Mią" (w oryginalne Misa), nie zrobił nic, nie zobaczyliśmy ani jego relacji z L (co było osią całej historii) ani z Ryukiem. Wszystkie elementy jak "Kira" i walka z L były potraktowane płytko i tak naprawdę wrzucone do filmu losowo.

[Obrazek: credit-ntv-netflix.jpg]

Gdy w oryginale historia żyła relacjami postaci, tutaj takowych relacji nie ma, dosłownie żadna postać nie przypomina tej którą znamy czy to z anime czy z mangi i przez to cały kontekst zostaje zmieniony i tak Ryuk nie jest już bogiem śmierci który ze zwyczajnej nudy chce sprawdzić co się stanie gdy człowiek użyje notatnika śmierci staje się demonem który namawia Lighta do zabijania czego absolutnie nie robił w pierwowzorze. Z kogoś spokojnego i naiwnego w gruncie rzeczy staje się uosobieniem zła i gdy w anime Light przez kilka dobrych odcinków próbował manipulować Ryukiem i dowiadywać się jak najwięcej o notatniku (bo taka jego natura), w filmie olewa zasady i cały geniusz postaci rozmywa się na tle "romansu".

Na koniec wspomnę jeszcze o L, bo to największy zawód, aktor grający tą postać przeszarżował, zachowywał się jakby był odurzony narkotykami, oryginalny L to był bardzo powolny, zamyślony i spokojny gość który na każdym kroku pokazywał swoje umiejętności dedukcji, zaś w filmie oglądamy aktora który koniecznie próbuje oddać jego dziwne maniery i zachowania co wypada po prostu komicznie bo w większości przypadków nie trafia w punkt tego co sprawiało, że L przyciągał uwagę, przez co większość jego scen jest przerysowana, a jego płacz i krzyki pod koniec filmu pozostawię bez komentarze.
Dodam tylko, że nie pomagało w odbiorze tej kreacji to, że aktor w żadnym aspekcie nie wyglądał jak L i krótko mówiąc wbrew pozorom w żaden sposób nie oddał sprawiedliwości tej postaci.

[Obrazek: 338e8e8598a724a9f48fd040a82cd880.jpg]

Relacja tych postaci, ich rywalizacja, tego w filmie nie ma, coś co było nieodłączną częścią historii nie istnieje. W filmie w pewnym momencie L stwierdza, że zna tożsamość Kiry... bo tak, bo po prostu wie, gdy w anime potrzebował wielu miesięcy na powolne rozpracowywanie jego działań. Obserwowaliśmy jak dedukuje, zapędza Lighta w kozi róg i jak ten próbuję odciągnąć od siebie podejrzenia. I zawsze odbywało się to powolnie, nigdy nie było ucieczek czy pościgów, ponieważ Light był wyrafinowanym zabójcą myślącym, że zmienia świat, a L detektywem który nigdy nie ulega emocjom i ma niesamowity dystans do siebie.

Nie wiem kto wpadł na pomysł by z historii bardzo kameralnej dziejącej się w 80% w czterech ścianach nagle zrobić krótki film z zupełnie niepotrzebnymi efekciarskimi sekwencjami.
Tak czy owak 3/10, bo to film po prostu słaby, który zesrał się na materiał źródłowy podobnie jak DragonBall Evolution, tyle, że żal jest większy bo potencjał był o wiele większy.

Polecam tym których zainteresował sam koncept przeczytanie mangi, albo obejrzenie anime i tyle.

[Obrazek: Death_Note_Wallpaper_.jpg?5dbab8]

Te 3 postacie były motorem napędowym całej fabuły, ile razy się spotkali? ile słów wymienili w filmie?

PS:


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości