Kill Bill: Vol. 1 (2003) & Vol. 2 (2004)
#1
[Obrazek: beztytuuqhn.jpg]

zdaje sobie sprawę, że krytykując kill billa, stoję na z góry straconej pozycji. quentin zawsze odprawiał krytykę z kwitkiem. w czwartym filmie doprowadził do perfekcji swój autorski (powinien to opatentować) sposób maskowania faktu, że cierpi na uwiąd twórczy. jak wiadomo, kill bill to specyficzny miks komedii i kina zemsty. raz, że łatwo wtedy przykryć mielizny scenariusza, a dwa, że w razie wtopy i zgnojenia twórca tłumaczyć się będzie pastiszem gatunku. gdybym nie był złośliwy od urodzenia, powiedziałbym, że quentin w kill billu z właściwą sobie maestrią ubiera drętwą fabułę w genialną konwencję wizuala, dialogu i montażu, będącą luźna wariacją tematy azjatyckie. ba, poszedłbym dalej w chwaleniu: już od pierwszych minut widać, że reżyser jest zakochany w gatunku, a jednocześnie podchodzi do niego z dystansem, dzięki czemu wydarzenia nabierają fajnego umownego charakteru. recke spuentowałbym ulubionym określeniem-wytrychem wielu pismaków, mianowicie, "tak miało być". szkopuł w tym, ze od urodzenia jestem złośliwy i zamierzam tę ceche mojej osobowości spożytkować na najbardziej karkołomne działanie w historii tego forum: zamierzam dowieść, że kill bill to przykład upadku niegdyś zajebistego reżysera, który firmuje swoim nazwiskiem shity, żeby odciąć parę kuponów z dni dawnej komercyjnej chwały.

radosna twórczość quentina zawiera parę kluczowych składowych. na początek niech będzie niechronologiczna narracja, odwracająca uwagę od fabuły w stanie embrionalnym. intryga kill billa jest prosta jak trzon do grabi L-1500. wybaczcie więc, że streszczam ją aż tak szczegółowo: trwają przygotowania do ślubu, do kaplicy wpada brygada do rozwałki, inicjując krwawą jatkę, w której ginie ciężarna panna młoda. po pewnym czasie wychodzi na to, że panna młoda jednak nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. po 4 latach budzi się i poprzysięga zemste na oprawcach. koniec. wypisz wymaluj damska odmiana hard to kill. sek w tym, że dzięki zastosowaniu konstrukcji narracyjnej zwanej "efektem nocnej straży", polegającej na wielokrotnym zamotaniu najprostszych wątków, bazujący na prostym koncepcie film senseja seagala, przekształca się nagle w coś mega zagmatwanego i głębokiego. rzecz jasna z pozoru i na pierwszy rzut oka, gdyż w rzeczywistości to ciągle ta sama durna i męcząca (w dodatku kolorowa) historyjka, ino na modlę postmodernistyczną poszatkowana. najgorsze w tym wszystkie jest to, że owa zamotana do granic przyzwoitości narracja wcale nie intryguje. przeciwnie: niemiłosiernie wręcz męczy i nudzi, zwłaszcza że już po pół godzinie widz domyśla się, jak się całość skończy, a na koniec się dziwi, że faktycznie skończyło się tak prostacko.

drugą cechą twórczości quentina są moje ulubione głupio-mądre filozoficzne dialogi toczone przez osoby z marginesu społecznego, najczęściej w sytuacji tuż przed zabiciem kogoś, względnie pojedynkiem. to chyba najbardziej irytująca przypadłość tarantino-scenarzysty. dysputy światopoglądowe na takie tematy jak: wyższość hamburgerów z big kahuny nad burgerami z maca, wyższość sprite'a nad coca-colą czy wreszcie szczyt monologowej żenady, mianowicie rozprawka o alter-ego komiksowych bohaterów. najprostsze dialogi, które można by zakomunikować drugiej osobie w dwóch słowach, tutaj rozrastają się do niebotycznych rozmiarów, co skutkuje tym, że po wysłuchaniu kilku współrzędnie złożonych tasiemców mam już ich serdecznie dość. w pulp fiction jeszcze jakoś to zdawało egzamin, bo faktycznie niektóre partie dialogowe iskrzyły fajnym chamskim i prymitywnym humorem, lecz w kill billu dochodzi do spiętrzenia autentycznie bezsensownych rozmówek. stanowią one nędzną podróbę dawnego stylu reżysera. jakim cudem quentin je przepuścił, a nieszczęsny, zmęczony życiem i karierą michael madsen wymówił - nie mam pojęcia. powtórzę: teksty są tu na sile wydumane i kompletnie niedowcipne. sprawiają wrażenie waty, mającej wypełnić próżnie po fabule, której nie ma i nigdy nie było. najprymitywniejszy w konstrukcji slasher zawiera choćby monosylaby, popychające akcje do przodu. w kill billu na czas prowadzenia rozmów akcja zostaje zawieszona i literalnie nic się nie dzieje. a jako że same rozmówki nic nie znaczą, otrzymujemy istną masakre: nie dość, że na ekranie bezruch, to jeszcze wypowiadane słowa pozbawione są elementarnego dramaturgicznego sensu (nie przynoszą żadnych informacji o postaciach, bo to w znakomitej większości cytaty z innych filmów) i z trudem odnoszą się do zaistniałej sytuacji. normalnie tra-ge-dia.

[Obrazek: hellride1.jpg]
- Joł, laska, pamiętasz, jak super grałem we Wściekłych psach?
- Nie.


cecha nr 3 - muzyczne ramoty, załączające sie w dowolnym momencie, żeby było cool - tworzy tandem z cecha nr 4, czyli niekończącym się filmowaniem idących osób. kill bill - szczególnie rozdział pierwszy - składa się w 50% z takich właśnie ujęć, serwowanych z nabożnym wręcz uwielbieniem przez reżysera (ich techniczna strona jest oczywiście bliska platońskiej doskonałości, w czym zasługa guru operatorki roberta richardsona). jako że pustego dialogowaniu tu trochę mniej niż w rozdziale drugim, quentin wypełnia próżnie po fabule (i emocjach) długimi jazdami kamery, często również łazi w ślad za postaciami tudzież fotografuje jadące motory i samochody. wszystko przy wtórowaniu muzy (w kill billu stare przeboje zastępują nowe hity, lecz ich funkcja się nie zmienia - zapychacz pozostaje zapychaczem bez względu na epokę, w której został skomponowany). rozumiem intencje: chęć nawiązania do stylistyki spaghetti westernów bywa silniejsza niż chęć zainteresowania widza przebiegiem wydarzeń. klasycznym przykładem takiego zespolenia jest zeswatanie skośnego rocka i wywijasów z kamerą wśród gości lokalu O-Ren. myślałem, że mnie coś strzeli podczas oglądania tej sceny. potem jak wiemy następuje kuriozalna bitka na katany z kosmicznie tryskająca posoką, ale przynajmniej w końcu coś się dzieje, tzn. coś sensownego - główna bohaterka jak w komputerowej platformówce kolejnymi cięciami toruje sobie drogę do szefowej.

w tym miejscu kończę - właśnie sobie uświadomiłem, że przecież tak miało być.

pomimo tego, co napisałem wyżej, do quentina mam słabość. nie lubię jego filmów, ale lubię jego podejście. szanuje gościa za upór w dążeniu do celu i nazwijmy to gromkopierdnie: "artystyczną suwerenność". poza tym fajną ma gębę i zdarza mu się mądre rzeczy mówić - ale tylko kiedy nie kręci filmów. kiedy kreci, nie ma nic ciekawego do (o)powiedzenia.

[Obrazek: chiakikuriyama.jpg]
obejrzała kill billa

Odpowiedz
#2
ech Mental, z Tobą zawsze problem - albo zastanawiam sie, z jakiej się urwałeś choinki, albo brakuje mi konczyn, żeby się należycie podpisać pod Twoim zdaniem. Tutaj niestety... muszę czekać na przeszczep ręki.

Tarantino do mnie zupełnie nie trafia. Ani Pulp Fiction, ani Kill Bill 1&2. Przerysowane, kiczowate, nadęte gadanie o dupie maryni. Jeszcze ten pierwszy miał parę niezłych scen, ale KB to nudne, sztuczne, pseudoartystyczne kino głupoty. Może po muzyce bym zupełnie nie jechał, bo przewodni motyw daje radę.

Zostały mi Wściekłe psy, ciekawe kiedy się na nie zbiorę...
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
#3
Nie zamierzam bronić Kill Billa. To film tak dziwaczny i przesadzony, że reakcja obronna Mentala, miłośnika twardego, przyziemnego realizmu ani trochę mnie nie dziwi. Trzeba jednak rozumieć intencje reżysera (a z tego co widzę mimo negatywnej opinii Mental je rozumie, może nie do końca ale jednak) - Kill Bill to zabawa w film, zabawa konwencją, zabawa stylami, momentami wręcz zabawa zabawą. "Tak ma być", "To jest tak specjalnie kiczowate" itd. mogą brzmieć jak proste usprawiedliwienie, ale to nie usprawiedliwienie, to fakt, co nie znaczy że tylko dlatego każdy musi to kupić, tego nie wymagam.

Tarantino nie jest idealnym twórcą, widać to na podstawie wspomnianych przez Mentala dialogów (które jednak w KB mimo wielokrotnego obejrzenia w ogóle mi nie przeszkadzają, ale już w takim Death Proof za drugim razem były ciężkie do zniesienia), ale ze wszystkiego co facet robi przebija niesamowity entuzjazm, wspomniana zabawa. Nie ma tu ani śladu chłodnej kalkulacji, tylko 100% szczerość.

Kill Bill (jako całość) był i wciąż pozostaje moim ulubionym filmem Q. Uwielbiam jego dziwaczną konwencję, szaloną zbieraniną pozornie niepasujących do siebie elementów, jego przesadność i groteskowość. W zasadzie wszystko.

Podczas napisów końcowych Vol. 2. Uma Thurman prowadzi auto, na samym końcu puszcza oko do kamery i uśmiecha się. Lepiej podsumować swojego filmu QT chyba nie mógł.
[Obrazek: snapshot20090415180028.jpg]

Mental napisał(a):cecha nr 3 - muzyczne ramoty, załączające sie w dowolnym momencie, żeby było cool
Cool to słowo które nie powinno padać w kontekście filmów Tarantino, a już tym bardziej w odniesieniu do strony muzycznej. Uważaj jak chcesz, ale według mnie jedyną osobą która dorównuje Quentinowi wyczuciem w doborze muzyki/piosenek jest sam Mistrz Michael Mann. W tej dziedzinie ta dwójka nie ma sobie równych.

Odpowiedz
#4
Kill Bill to jeden z tych badziewiastych filmow sprzed wyczerpania mojego karnetu na tolerancje. Podobna rzecz ma sie z Dniem Niepodleglosci, zeby nie bylo - nie porownuje tych obrazow. Lubie sobie czasem je obejrzec, ale tyle i tylko tyle. Nie zachwycam sie nimi ani nie pieje jakie to sa dziela rozrywkowe bo wiem, ze to sa zle filmy. Za to Tarantino wkurzyl mnie swoim Death Proof. Kill Bill mozna bylo uznac za zabawe i eksperyment z forma. Ale nastepny swoj film zrobil on jeszcze bardziej nadwyrezajac moje dobre serce. I sram na to ze to mial byc zly film z zalozenia ku choldzie zlym filmom. Zly film to zly film i Death Proof to ledwo ogladalne gowno, mowie to po jednym seansie wiec sa duze szanse, ze po nastepnym dostanie to na co zasluguje... :)

Wracajac do Zabijania Billa - fajne walki na mieczyki, fajne wstawki komediowe, sporo nawiazan do klasyki, ale kiedy Quentin zaczyna sie puszyc jak to on zna kino, jaki to z niego koneser i w ogole to szlag mnie trafia a z fajnego seansiku robi sie udreka (to zarzut bardziej w strone drugiej czesci). Nie lubie kiczu, a blaznowanie znosze tylko profesjonalistow (Smith lub Murphy w latach '80). Oceny nie wystawiam, bo musialaby byc konsekwentna, a ja zeby byc konsekwentnym musialbym nie chcec wiecej tego ogladac :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#5
Część pierwsza była całkiem zacna, a finałowa (no dobra półfinałowa Uśmiech) rozróba w dojo ciągle robi wrażenie. Vol. 1 zapisuję po stronie udanych dzieł Quentina. Vol. 2 mnie solidnie wynudziła, głównie przez swoje puste, ciągnące się w nieskończoność dialogi (przoduje w tym Madsen). Za mało mięsa, za mało frajdy, zabrakło tu pomysłów na wykończenie fabuły przez co finał mocno rozczarowuje.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
#6
Jak dla mnie jest tak - Kill Bill jest filmem do obejrzenia, całkiem przyjemnym. Nic odkrywczego, ale oglądanie nie boli, a momentami jest naprawdę fajnie. Jeśli ktoś za to chcę obejrzeć prawdziwe kino, przekonać się do Quentina - powinien obejrzeć Wściekłe Psy - obok Pulp Fiction jedyny jego film w którym mi nic nie przeszkadza (Ale Psy o wieele lepsze, z ekipą kultowych aktorów). Kill Bill jest ok, ale Wściekłe Psy to najlepszy film Quentina i jeden z najlepszych filmów jakie widziałem. o.
- I don't advise a haircut, man. All hairdressers are in the employment of the government. Hairs are your aerials. They pick up signals from the cosmos, and transmit them directly into the brain. This is the reason bald-headed men are uptight.
- What absolute twaddle.  

Odpowiedz
#7
Nie oglądałem Jackie Brown (chociaż mam na półce od dawien dawna). To jest punkt pierwszy.

Kill Billa lubię. Nie jest to poziom Wściekłych Psów. Na pewno też nie fantastycznego Pulp Fiction. Ale ogląda się przyjemnie, obie części (właściwie tworzą jedną całość, więc...).

Tylko z Billem Killem mam jeden problem. To początek końca Quentina. Bo świetnych Psach i PF (omijam Brown, bo jak już mówiłem, nie widziałem). Nadszedł jedynie dobry Kill Bill. Potem bardzo słaby DP. A teraz.. wszyscy widzieli zwiastun? Oczko

Odpowiedz
#8
Mam wrażenie, że wszyscy zapomnieli, jak kiedyś rozpływali się zachwytu nad Death Proof... Oczywiście zaraz cała zbulwersowana forumowa ferajna zgodnie oświadczy, że nigdy się DP nie podniecała. Uśmiech

Odpowiedz
#9
military napisał(a):Mam wrażenie, że wszyscy zapomnieli, jak kiedyś rozpływali się zachwytu nad Death Proof...
Ja nie zapomniałem, ale mimo wszystko dzięki za przypomnienieUśmiech

Syndrom Drugiego Seansu aka Pierwsze Wrażenie Bywa Mylne.

Odpowiedz
#10
Ja od poczatku mowilem, ze to badziewiasty film :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#11
Prawie wszystko, Mental, coś napisał, byłoby do przyjęcia (prawie, bo np. podobnie jak Mierzwiak jestem zdania, że QT ma wyjątkowy talent do ilustrowania obrazu muzyką), gdyby nie błędne założenia, które dyskredytują Twój wywód:

Mental napisał(a):zamierzam dowieść, że kill bill to przykład upadku niegdyś zajebistego reżysera, który firmuje swoim nazwiskiem shity, żeby odciąć parę kuponów z dni dawnej komercyjnej chwały.
Mental napisał(a):bazujący na prostym koncepcie film senseja seagala, przekształca się nagle w coś mega zagmatwanego i głębokiego
Otóż o Tarantino się bawi i to jest powszechnie wiadome. Facet pierwszy by Cię wyśmiał za sugestię, że swoimi karkołomnymi zabiegami przekształca swe filmy w coś "głębokiego". U niego tej głębi nie ma i mnie też już to trochę męczy -- ale absolutnie brak tu pozy sugerującej, że owa głębia jest. To raz. A dwa, że wzmianka o rzekomym "odcinaniu kuponów" kłóci się z tym, co piszesz niżej:

Mental napisał(a):nie lubię jego filmów, ale lubię jego podejście. szanuje gościa za upór w dążeniu do celu i nazwijmy to gromkopierdnie: "artystyczną suwerenność"
Otóż właśnie. Można nie lubić tego, co robi Tarantino, ale on po prostu robi to, co lubi. Sam to piszesz. Więc nie sposób twierdzić, że z premedytacją "jedzie na swoich wczesnych dokonaniach". Owszem, może po prostu innego rodzaju kina nie umie robić, a może też zwyczajnie nie lubi i nie chce. Natomiast ja nigdy nie odbierałem tych megacytatów z filmów przeróżnych a tandentych jako szpanu i chęci popisania się własną znajomością kina. Raczej: jako wyraz uwielbienia dla tegoż kina. Ot, Tarantino jest takim bardzo utalentowanym fanboyem kina klasy B (i dalszych) Uśmiech
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#12
Jak ja cholernie lubie Kill Billa, dawno czesci drugiej nie widzialem, ale jesli chodzi o jedynke to sie po prostu rozplywam w zachwytach. Widac moja bajka, dziecko boomu VHS wychowane na grindhouse'owych produkcjach, serwowanych przez takich dystrybutorow/ancymonow jak chociazby nieodzalowane Video Rondo - Fuck Yeah!!!
Lykam to jak kakao z rana, poznaje nawiazania, wylapuje mrugniecia okiem. Mam po prostu duzy sentyment (tak wiem Mental, sentyment jest pedalski :wink: ) do tego rodzaju kina i moja ocena vol. I nie bedzie nizsza niz 8/10 mimo wszystkich bzdur/glupot/innych cudow, ktore tak obficie wypisano w poscie otwierajacym temat.
Shine on You Crazy Diamond

Odpowiedz
#13
Swoja droga odkopowalem temat o DP. Podniecenie Mentala tym scierwowatym, kilastym obrazem jest przesmieszne. Ale swojej oceny nie moge znalesc, chyba trafila do Krotkiej Pilki :(

wróciłem z kina i mogę oficjalnie obwieścić, iż Death Proof to:

najlepszy film Tarantino
najlepszy film, jaki widziałem na dużym ekranie
jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu


Sorry za offtop, ale nie moglem sie powstrzymac poza tym, trudno dyskutwac o filmach Tarantino bez odniesien do reszty dorobku jego :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#14
przerwa w meczu to szybko odpowiem:

Negrin: ok, czuje się zdyskredytowany. i dzięki za wyjaśnienie, co lubi tarantino. przy okazji: słówko "głębia" dotyczyło zestawienia kill billa z hard to kill, a nie żadnej abstrakcyjnej głębi przekazu czy coś w ten deseń. znając twój sposób interpretowania takich sformułowań, mogłem się pofatygować i dorzucić drobnym druczkiem jakieś wyjaśnienie.

o filmie death proof: dla mnie ten film nie istnieje. tzn. kiedyś istniał, ale dzisiaj już nie. jeszcze większa pomyłka niż kill bill. nie umiem wyjaśnić, co mi padło wtedy na mózg. całkowita zaćma i utrata poczytalności. oto co robi z ludźmi kurt russell.

Odpowiedz
#15
Phil napisał(a):Nie oglądałem Jackie Brown (chociaż mam na półce od dawien dawna). To jest punkt pierwszy.

to na co czekasz? To jego najlepsze dzieło.
A Kill Billa lubię bardzo - bo tak Uśmiech
Nie lubię tylko Umy Thurman - też, bo tak Uśmiech
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#16
Mental napisał(a):Death Proof: dla mnie ten film nie istnieje. tzn. kiedyś istniał, ale dzisiaj już nie. jeszcze większa pomyłka niż kill bill


Pijany w kinie byles, ze zmieniles zdanie az w tak drastyczny sposob? Do niczego nie pije - z ciekawosci pytam.
Shine on You Crazy Diamond

Odpowiedz
#17
lubię tarantinowski sposób zabawy w kino. lubię te mrugnięcia okiem do widza, cytaty, gatunkowe akrobacje. To jest przyjemne, błyskotliwe, idealnie wyważone. QT robi swoje autorskie kino - dla siebie samego przede wszystkim, dla własnej radości. Bo może. Bo mu pozwalają. A pozwalają, bo mu to wychodzi tzn. kupa ludzi wie, o co temu kolesiowi chodzi, a jeśli nie wie, to zastaje fajnie wyglądające i udźwiękowione kino z hollywoodzkich peryferii.

Pulpa jest w mojej osobistej piątce, Kill Bille w drugiej dziesiątce.

Mental napisał(a):recke spuentowałbym ulubionym określeniem-wytrychem wielu pismaków, mianowicie, "tak miało być".

ale czy tak właśnie nie miało być? czy kicz nie miał być kiczem? cytat cytatem? coolowatość coolowatością? pozory pozorami? [itd]

Odpowiedz
#18
Mental, trochę to lipa ilustrować temat o 'Kill Billu' kadrem z 'Hell Ride'...

'Kill Bill' to na dziś mój ulubiony tytuł z filmografii QT. W przeciwieństwie do pozostałych tytułów nie czerpie z jednego źródła, ale z wielu, jednocześnie. Wszystkie wpływy się przeplatają, są ilustrowane kapitalnie dobraną muzyką i nie nudzą się. To dopiero sztuka, nie znudzić się po kilkunastu seansach, serwując prostą rozrywkę (nie wiem skąd zarzuty pozowania na "głębię i filozofię").

Odpowiedz
#19
desjudi napisał(a):kupa ludzi wie, o co temu kolesiowi chodzi, a jeśli nie wie, to zastaje fajnie wyglądające i udźwiękowione kino z hollywoodzkich peryferii.
Dodam jeszcze coś: jeśli nie wie, to się dowiaduje. Oczywiście, że poznawanie ulubionego kina QT przez pryzmat jego filmów jest na starcie wypaczone, ale nawet wówczas Tarantino przypomina ludziom kino, o którym może już nie pamiętają, i zapoznaje ich z takim, którego nie znają lub może nie traktuja poważnie. To też jest coś.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#20
widzę, że Mentalowi (i mam wrażenie, że nagle większości) się odmieniło w kwestii Tarantino. najważniejsze, że ja potrafię udowodnić, że krytykowałem death proof (i tarantino) już wcześniej - dzięki temu mogę spać spokojnie :)

pierwsze wrażenie bywa mylne - tak można w skrócie opisać twórczość tego pana. o ile o pulp fiction nie potrafię powiedzieć złego słowa (a tym bardziej onajgenialniejszym jego filmie - czyli, oczywiście, wściekłych psach), o tyle im dalej w las, tym gorzej. zaznaczę tu, że ominęło mnie jackie brown.

z kill billem tak samo - już w momencie jego premiery kręciłem nosem i dziwił mnie ślepy orszak fanów bezkrytycznie podąrzających za nazwiskiem tarantino. o wszystkim, co mi nie pasowało, mental już napisał w tym swoim - nazywajmy rzeczy po imieniu - eseju (bo postem to to już nie jest :) ).

tutaj pojawia się jednak ciekawa zbieżność - zazwyczaj wszyscy dajemy się nabrać na pierwszy seans. tarantino świetnie nami manipuluje. no bo co - nagle oglądamy coś innego. w zalewie filmów pokroju hannah montanah, które królują na box office, nagle pojawia się takie, załóżmy death proof - czyli, z pozoru, całkowicie old skulowe kino klasy B dla dorosłych. no właśnie - pozory, to to, w czym ten reżyser jest najlepszy. tarantino bowiem potrafi bardzo ładnie ubrać swoje naprawdę przeciętne, pozbawione błysku historie. problem w tym, że większość, podczas drugiego seansu, zastanawia się - "cholera.. coś tu nie tak", "jakoś inaczej to zapamiętałem", "kto ma piwo?". nie będę krytykował tego, że jego filmy są puste, pozbawione głębi, czy czegoś tam jeszcze, bo on przecież nigdy o to nie zabiegał by były. owszem - są puste, owszem - są pozbawione głębi i owszem - nie robi mi to żadnej różnicy, skoro nigdy mnie nie próbował przekonać, że są czymś więcej niż kolejnym ukłonem w kierunku jakiegoś nurtu w kinie (swoją drogą - ile można?). jego filmy są jednorazowe - i tylko o to chodzi.
Aktualnie rządzi: ja

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości