Steven Erikson - Malazańska Księga Poległych
#1
[Obrazek: 16463554.jpg]

Lipiec jest dla mnie miesiącem Stevena Eriksona, dlategoż pozwolę sobie, aby inauguracyjny i premierowy wątek w nowo utworzonym dziale dotyczył właśnie jego twórczości.

Jako wprowadzenie do wątku o twórczości Eriksona posłużyły fragmenty artykułu zatytułowanego "Malazańska księga przesady", autorstwa Krzysztofa Schechtela. Cały tekst został zmieszczony w nr 16 magazynu "Literadar". Poniższy, dość obszerny fragment, doskonale ilustruje to, z czym będzie miał do czynienia potencjalny czytelnik sięgający po "Malazańską Księgę Poległych", jak również pomoże Wam on odpowiedzieć sobie na pytanie, "czy to literatura dla mnie?"

Krzysztof Schechtel napisał(a):Steven Erikson Dziesięć tomów. Osiemnaście książek. Przeszło dziesięć tysięcy stron napisanych na przestrzeni dwunastu lat. Malazańska Księga Poległych. Potężne dzieło Stevena Eriksona nazywane serią, która zrewolucjonizowała cały gatunek fantasy. Czy słusznie? Jeśli miałbym jednym słowem nakreślić, czym jest seria Stevena Eriksona, to napisałbym – przesadą. Jeśli u Tolkiena elfy żyją tysiąc lat, to w Malazańskiej Księdze Poległych są rasy, które żyją po lat sto tysięcy. Jeśli u Martina jest dziesięć głównych wątków, to u Eriksona jest ich trzy razy tyle. Jeśli u Glena Cooka mamy pięćdziesięciu bohaterów, to tu jest dwustu pięćdziesięciu. Co więcej, Erikson również epatuje niespotykanym gdzie indziej przerysowaniem. Nie wystarczy opisać pola bitwy, to musi być pole „pradawnej bitwy”, na którym leżą setki tysięcy ciał. Nie wystarczy opisać spustoszeń wojennych na przykładzie miasta czy krainy. Nie, trzeba stworzyć wizję zrównanego z ziemią kontynentu! Klimat powieści jest równie przesadzonych, co cała reszta – dosłownie wszędzie są pył, krew, łzy i bezradność. Zewsząd wyziera pesymizm – nic się nie uda, nie damy rady, po co wyruszać ,skoro i tak zginiemy? Erikson maluje tylko szarymi i krwawymi barwami. Brakuje barw pogodnych, brakuje Lorien, brakuje Rivendell, u niego wszystko jest zniszczoną Morią. I to męczy. Albo inaczej – większość ludzi nieznośnie męczyć może. Na to wszystko nakłada się jeszcze, jak to określił pewien mój znajomy, inflacja mocy. Bohater jest przeraźliwie wprost sprawny, powala dziesięciu przeciwników w cztery uderzenia serca? Bądźcie pewni, że za sto stron, czyli patrząc przez pryzmat eriksonowski, za chwilę, ktoś podejdzie i „załatwi go” gołymi rękami, nawet się przy tym nie męcząc. Ale i on za dwa tomy znajdzie swojego pogromcę, który ze śmiechem skręci mu kark, nawet na niego nie spoglądając... I tu dochodzimy do kolejnej rzeczy, będącej zarzutem wobec całej serii – chęci ciągłego zaskakiwania. Na tym ołtarzu Erikson potrafi poświęcić spójność kolejnych tomów, potrafi zmieniać koncepcje niczym rękawiczki. Ktoś był w pierwszym tomie głównym „złym”? W drugim będzie sojusznikiem. Ktoś w piątym był sprawcą „niewyobrażalnych cierpień”? W siódmym pokaże swoje dobre serce i wyjaśni swoje wcześniejsze motywy. Częstokroć naciągane. I wreszcie, obrazu masochizmu, na który skazuje się eriksonowski czytelnik, dopełniają pretensjonalne przemyślenia. Co chwila nękają odbiorcę, jakby zapożyczone z mainstreamowej literatury, myśli bohaterów: „po co tu jestem?”, „kto mógł zadać tak niewyobrażalne cierpienie?”, „dlaczego ludzie tak drapieżnie pożerają wszystko wokół, dlaczego nic nie pozostawiają naturze?” itp. Niektórzy czytelnicy radzą sobie z tymi nieznośnymi tekstami, przeskakując całe akapity, inni całe strony. Część, rozkoszując się cierpieniem, brnie przez nie wszystkie. Co kilka, kilkanaście stron ma się tego wszystkiego dosyć – po co się męczyć? Po co przez to przechodzić... Po co ja się pytam?

(...)

Dlaczego Erikson wielkim fantastą jest? Bo nikt w tym gatunku nie stworzył niczego z takim rozmachem. Nikt, nawet sam Tolkien, nie uczynił z całego świata jednego ze swoich głównych bohaterów. Nikt nie potrzaskał całej swojej mitologii niczym szklanki o ziemię, tylko po to, żeby ją rekonstruować na dziesięciu tysiącach stron, stopniowo klejąc wszystkie odłamki. Erikson nie ma swojego Silmarillionu, nie ma odrębnej księgi mówiącej: co się skąd tutaj wzięło. Przeciwnie – postanowił wyjaśniać nam wszystkie losy stopniowo, tom po tomie. Czy w sposób uporządkowany? A czy to prima aprilis? Poznawanie jego mitologii jest właśnie tym, co określam mianem narkotyku. Masa postaci może ginąć, o części (a naprawdę jest tych postaci mnóstwo) możemy nawet zapomnieć, ale o mitologii nie. Chcemy ją poznać, chcemy wiedzieć, co było wcześniej, co później, co pierwsze, a co ostatnie. Dowiemy się – wystarczy jedynie robić swoją encyklopedię albo użyć sposobu Jarcoka – to przecież tylko sto siedemdziesiąt książek do przeczytania. Poza wielką skalą i mitologią, istotne jest też ugryzienie prozy Cooka (do inspiracji, do której Erikson wprost się przyznaje), czyli skoncentrowanie części narracji na typowo żołnierskich losach. Ciężka dola, walka z potężnym wrogiem, który ma wszelkie dane po temu, aby zmiażdżyć bohaterów niczym insekta. Ale żołnierze pozostaną na stanowiskach, nie uciekną, bo przecież trzeba stać koło towarzysza. Wojsko Malazańczyków jest trochę jak marines – leave no man behind. I to też ważna część tej serii. Ważna nie tylko ze względu na swój niezaprzeczalny czar, ale również dlatego, że jest bardziej zwykła i codzienna, mniej podniosła i przesadzona. Jest kotwicą, dzięki której całość nie „odpływa”, spoiwem łączącym ze sobą wszystkie części. Daje też tej serii wiele świetnych, żołnierskich dialogów i doprawia ją poczuciem humoru, bez którego byłaby oschła i pompatyczna. Tym, co również imponuje, jest zerwanie z tolkienowskim podejściem do fantasy. Nie ma dobrych elfów i złych orków, są kompletnie nowe rasy, ujęte w sposób nowatorski i niespotykany. Są ich skomplikowane historie i losy. Są smoki oraz jednopochwycone smoki, czyli takie które mogą przybrać antropomorficzną postać. Są d’iversi, czyli jeden umysł, przebywający w wielu ciałach na raz (na przykład w stadzie wilków albo w chmarze szarańczy). Magię czerpie się z grot, będących równocześnie innymi światami, do których można wejść, dotknąć ich, a nawet w nich zginąć. A nad tym wszystkim panteon bogów, którym jednak daleko do wszechmocy – przeciwnie – mogą oni zginąć, jeśli zagnie na nich parol ktoś wystarczająco potężny, u Eriksona nikt nie jest nietykalny. W tym świecie niemal wszystko jest subiektywne, relatywne, zależące od punktu widzenia. Ktoś wymordował całą rasę? A może miał bardzo dobre powody? A może jednak był skrajnie okrutny, przecież aby to zrobić trzeba być okrutnym? Nie? Tak? Witajcie w świecie Eriksona. Zatem rozmach, zatem narkotycznie skonstruowana mitologia, zatem żołnierskie losy i oryginalność. Czy to wszystko? Z całą pewnością nie. Ale tyle musi wystarczyć, aby każdy, kto malazańskiego cyklu nie czytał, mógł podjąć ważną decyzję – sięgnąć po Ogrody księżyca (tom 1) czy też omijać półkę z nimi szerokim łukiem. A każdy, kto czytał, może odświeży sobie po tym tekście tomik czy dwa. Przecież każdy pretekst jest do tego dobry. Wiecie, co mam na myśli, prawda?


Teraz kilka słów ode mnie. Na początek jedno, którym mogę już teraz określić, jakim pisarzem jest Erikson - REWELACYJNYM! Oczywiście, po pierwszym tomie nie byłem do tego przekonany - pozostawił mnie on mocno zdezorientowanym, ale to jest taki autor, który wszystkiego naraz nie sprzedaje, nie daje prostych odpowiedzi, u którego świat budowany jest z detali, pół-słów, nadmienień i kontekstu. U niego nie ma żadnego zdania, i żadnego wątku, który z czasem nie okazał by się bardzo istotny i ważny, dlatego Erikson wymaga od czytelnika sporego skupienia i uwagi - albo podda się (czytelnik) temu zawłaszczeniu, albo będzie kręcił (jak ja początkowo) nosem, ale jeśli łatwo się odpuści. stanie się fanem, o ile nie fanatykiem tego pisarza, tego świata!

Dodam jeszcze, że na chwilę obecną, Erikson i Martin są dla mnie niczym yin i yang współczesnego fantasy - tak różni, a jednocześnie obaj najlepsi w gatunku, jaki reprezentują i obu trzeba, powtarzam, trzeba znać.

Na koniec, powtórzę kilka moich opinii odnośnie tomów, które mam już za sobą:

Ogrody Księżyca

Nie do końca tego się spodziewałem, ale po pierwszym rozczarowaniu udało mi się na tyle "wkręcić" w historię, że na pewne mankamenty przymknąłem oko. Oczywiście, kwestia tego, co mi się nie spodobało, jest w tym przypadku raczej wynikiem osobistych preferencji, i domyślam się, że są wśród czytelników tacy, którzy to, co ja uważam za wady mogą uznać za niepodważalne zalety twórczości Eriksona.

Problem w tym, że George R. R. Martin przedefiniował w moim mózgu pojęcie "fantasy" i od tej pory wszelkie próby powrotu do bardziej klasycznej jej formy, czyli takiej naładowanej magią, fantastycznymi stworami, rasami i postaciami o imionach i nazwach, przy próbie wymówienia których język dosłownie kołowacieje, z góry skazane są jeśli nie na fiasko, to przynajmniej na lekką z mojej strony niechęć. W "Ogrodach Księżyca" magii używa prawie każdy, w tej czy innej formie. Magiczne artefakty, czarodziejskie bronie, istoty z "piekielnych" i innych wymiarów, mieszający się w sprawy ludzkie bogowie, tajemniczy asasyni, zręczni złodzieje, wiedźmy, magowie, ba, nawet czasem trafi się mniej, lub bardziej szlachetny rycerz. Od tego wszystkiego w tej książce wręcz gęsto. I za tym, szczerze mówiąc, nie przepadam.

Na szczęście, te wszystkie mniej lub (częściej) bardziej magiczne postaci, to menażeria naprawdę zróżnicowana i w większości przypadków świetnie rozpisana. Budzą one sympatie i antypatie a dzięki nie zawsze oczywistym motywom ich działania, oraz słabościom, jakim często ulegają są to postaci wielowymiarowe.

To, co najlepsze jednak w "Ogrodach Księżyca" to rozgałęziająca się na sieć spisków - pod-spisków, spisków w spiskach, i tak dalej - fabuła. Tu nic nie jest ostatecznie pewne, nikt nie jest do końca lojalny, postaci zmieniają strony, strony zmieniają sojuszników, sojusznicy przyłączają się do wroga, etc. Śledzi się to z wielką przyjemnością, mimo tego, że czasem łatwo zgubić wątek - dlatego Erikson wymaga od swoich czytelników sporej uwagi, nierzadko przemycając cenne wskazówki w mało istotnych wtrąceniach. To mnie ostatecznie kupiło i sprawiło, że nie odrzuciłem tej "baśni", nie skreśliłem cyklu i z pewnością sięgnę po kolejne jego tomy.

Czy polecić? Fani George R. R. Martina mogą się - podobnie, jak ja - poczuć lekko rozczarowani, bo, jak wspomniałem, bliżej Eriksonowi do klasycznego fantasy. Jednak nawet, mimo naładowania świata magią jest to ten rodzaj oryginalnego uniwersum, do którego porównań próżno jest szukać w innych powieściach fantastycznych. Autor nie poszedł na łatwiznę, tak więc wszystko jest w świecie Malazu nowe, mimo, że pewne echa klasyki daje się tu wyraźnie odczuć. Fabularnie natomiast jest dobrze, a momentami bardzo dobrze, chociaż zdarzają się irytujące rozwiązania typu deus ex machina.

Osobiście polecam, jakkolwiek z umiarkowanym entuzjazmem.

Ocena: 6/10

Bramy Domu Umarłych

Sporo czasu musiało upłynąć, aż zachęcony przez znajomych, niejako zmusiłem się do kontynuacji przygody z eriksonowskim fantasy. Po pierwszym tomie czułem się zmęczony i skołowany, niczym Buszmen, któremu misjonarz na "dzień dobry" powiedział, że Jezus za nasze grzechy umarł przybity do krzyża przez Rzymian, nie wyjaśniając wcześniej ani kim był ten Jezus, kim byli Rzymianie, co to jest grzech, krzyż i na dodatek opowiedział mi to wszystko płynną angielszczyzną. Cóż, Erikson się nie cackał, wrzucił mnie bez "koła ratunkowego" w sam środek świata i wydarzeń, których rozumem okiełznać nie mogłem.

Na szczęście w "Bramach Domu Umarłych" wiele rzeczy uczynił pisarz bardziej klarownymi, nadając jednocześnie wydarzeniom odpowiednie tempo, czyniąc również wydarzenia owe w wyższym stopniu interesującymi. Już po (zaledwie) kilkudziesięciu stronach tegoż tomu, autor sprawnie obalił jeden z najważniejszych argumentów, który wcześniej przemawiał do mnie za tym, aby z "Malazańską Księgą Poległych" dać sobie spokój - postaci, które mnie, ni ziębiły, ni grzały, nagle stały mi się wielce nieobojętne, do tego stopnia, że na chwilę obecną nie jestem sobie w stanie przypomnieć, czy istniała wcześniej jakaś lektura, w której tak wielu bohaterów darzyłbym szczerą sympatią. A są to tutaj - na dokładkę - postaci niezwykle interesujące, nierzadko tajemnicze, o charakterach skomplikowanych, czyli takie, jakie w fantasy są rzadkością a jakie sam cholernie lubię (nie tylko w fantastyce).

Nie brakuje też u Eriksona epiki, której formę bardzo sobie cenię - choć jest to tutaj epika podniesiona do n-tej potęgi, to zaserwowana jest niezwykle finezyjnie, z polotem i bez cienia patosu. Cóż, nie obyło się też bez dawki momentów, dostarczających niemałych wzruszeń, na które - zdawałoby się - nieco się już uodporniłem. Erikson pokazał mi, jaki miękki nadal jestem. A może jaki okrutny potrafi być pisarz?

Podsumowując - nie nazwę tego sporym zaskoczeniem, bo polecający mi znajomi nie pozostawili mi cienia złudzeń, iż "Bramy Domu Umarłych" mogłyby mi się nie spodobać, jakkolwiek i tak sprawił mi pisarz drugim tomem "Malazańskiej..." sporą niespodziankę. Jest epicko, wyobraźnia oddana w sprawne ręce tego genialnego pisarza pracuje na najwyższych obrotach, świat urzeka, porywa, zawłaszcza! Polecam, i to jak POLECAM!

Ocena 8/10

Wspomnienie lodu #1. Cień przeszłości

Na początek, pragnę zaznaczyć, że jestem wielkim przeciwnikiem polskiego trendu wydawniczego, polegającego na dzieleniu - z przyczyn czysto komercyjnych, nie ważne jak to będą sobie / nam wydawcy tłumaczyć - obszerniejszych książek, na kilka woluminów. Jakkolwiek zręczny, to jest w odpowiednim miejscu, uczyniony będzie ów podział, zawsze pozostanie raczej brutalną ingerencją w spójność dzieła i tym samym w zamysł twórcy.

"Wspomnienie lodu" też w pewnym sensie na tym ucierpiało, więc ciężko jest mi ocenić powieść, którą poznałem jedynie - a nawet nawet jeszcze nie - połowicznie. Niesamowicie trudno odnieść się z opinią do tej części opowieści, kiedy natłok wydarzeń kompensuje się, nie znajdując ujścia, a większość intryg dopiero się zadzierzga.

Powiem tylko krótko (z szerszym spojrzeniem na "wartość" tego tomu, wstrzymując się do zakończenia jego "drugiej części") - wprowadzenie nowych postaci podziałało na tą odsłonę sagi dość ożywczo, jakkolwiek dużo większą przyjemność sprawiło mi odkrywanie nowych faktów, dotyczących bohaterów wcześniej poznanych. Ponadto, mimo typowego dla autora powolnego odkrywania kart, czy ogólnego zamysłu, w tomie tym pada, bodajże najwięcej wyjaśnień, faktów. Erikson częstuje nas również sporą dawką wiedzy z zakresu, cóż, historii swego uniwersum, przez co bardzo wiele elementów układanki wskakuje na właściwie miejsce i mnóstwo niejasności się tym razem klaruje. Owszem, to nadal jedna z najbardziej zagmatwanych fantastycznych opowieści, z jakimi miałem przyjemność obcować, ale dzięki większej dawce konkretów, coraz łatwiej mi się w tym labiryncie odnaleźć.

I to chyba wszystko - zachęcać chyba nie ma sensu, bo kto dobrnął już do tomu trzeciego, musowo musiał Eriksona polubić.

Ocena: 7/10
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#2
Kończę aktualnie trylogię 'Książę Nicości' Bakkera (pozdro dla twojej sygnaturki!) i wypadałoby zabrać się za jakiś nowy cykl fantasy, w związku z tym książki Eriksona wydają się być najprostszym i zarazem najlepszym wyborem ale, kurde, ta ilość tomów mnie odstrasza...

Odpowiedz
#3
Kończę tom 6. Cykl co prawda niepozbawiony wad, ale w ostatecznym rozrachunku wypada rewelacyjnie. Największym atutem są wspominane wielokrotnie historia świata i reguły nim rządzące - Erikson przedstawia je w bardzo "lostowy" sposób, słusznie wychodząc z założenia, że kilka rzuconych mimochodem niedopowiedzeń daje lepszy efekt niż wykładanie kawy na ławę. Do tego dużo typowo lostowych wtf-motywów, kiedy bohaterowie odkrywają jakieś stare ruiny, skamieniałości czy inne dziwne i ciekawe rzeczy. Ogarnąć to wszystko jest w zasadzie niemożliwością, ale kiedy człowiek odkryje jakiś bardziej zakamuflowany trop, aż ma ochotę pocałować się z czcią w rękę. Plus znakomite, pełnokrwiste postacie (chociaż ten aspekt wypada jednak gorzej niż u Martina), dużo tragizmu, chamówy i trollowania czytelnika (w tym pozytywnym sensie - i tutaj dla odmiany lepiej jest niż u Martina, gdyż Erikson potrafi gnoić postacie nie tylko poprzez zabijanie ich). Warto odnotować również świetną zabawę konwencjami fantastyki i tonę nawiązań i odniesień do klasyki (Cook, Zelazny, Leiber, Howard, Moorcock, poniekąd Pratchett).
Świetna sprawa całościowa, chociaż bardzo czasochłonna i wymagająca pewnego skupienia, tym bardziej, że dopiero w tomie trzecim poznajemy podstawowe reguły rządzące światem. Od tomu pierwszego najłatwiej się odbić, ale dużo on zyskuje po przeczytaniu 3go, kiedy znamy bohaterów i relacje między nimi. A trzeci tom to IMO poziom zajebistości porównywalny do trzeciego tomu PLiO.

Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#4
Wspomnienie lodu #2. Jasnowidz

Cóż, w tym miejscu powinienem wytoczyć potok superlatyw, pochwał i zachwytów nad kolejnym, znakomitym tomem cyklu - i tak bym zrobił, gdyby nie było to - znaczy się moje pełne uwielbienia chwalenie Eriksona - nudne dla potencjalnego czytelnika niniejszej opinii. Postaram się więc, nie przynudzając zbyt długo stwierdzić, co następuje - "Wspomnieniem Lodu" pisarz ów zdetronizował mego dotychczasowego króla współczesnej fantasy (który od tej pory zadowolić się może, co najwyżej drugim, zaszczytnym miejscem na podium), George'a R R. Martina.

Znowu miałem przyjemność obcować z dziełem nieomal doskonałym, fabułą skrzętnie zaplanowaną, przynoszącą wiele odpowiedzi, ale sprawiającą, że zmuszony byłem postawić sobie jeszcze więcej pytań, okraszonym zapierającym w dech, przygniatającym epickim rozmachem i dostarczającym niemałych wzruszeń finałem. Świetnym zabiegiem jest to, że mimo, iż każda kolejna część cyklu kontynuuje pewne istotne wątki, to każdy z dotychczasowych tomów dostarcza pewnej zamkniętej opowieści. Sprawia to, że owe niedomknięte wątki zaostrzają apetyt na kolejne tomy a jednocześnie zakończenie każdego z nich sprawia, że odczuwa się pełną satysfakcję po przewróceniu ostatniej jego stronicy.

Cóż, podsumowując, kolejna, znakomita część cyklu. Fantasy, które każdy szanujący się wielbiciel gatunku musi znać, po prostu!

8/10
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#5
Właśnie zacząłem czytać tę potwornie grubaśną serię, szukając czegoś co załatałoby pustkę po "Pieśniach lodu i ognia" i po wielu próbach z innymi tytułami (m.in. Koło czasu) padło na serię Eriksona. Tylko, że ciągle nie jestem przekonany - przeczytałem na razie kilkadziesiąt stron i póki co epą nie powala (nie żeby było jakoś źle, ale "Gra o tron" ujmowała już samym prologiem), a ciężko się też w tym wszystkim połapać. Sam Erikson sprawy nie ułatwia, bo akcja zaczyna się w mniej dogodnym i spokojnym momencie niż saga Martina. I nie wiem czy to wina tłumaczenia (w niektórych przypadkach zapewne tak), ale nie mogę zdzierżyć tych imion bohaterów - Gburka, srsly?

I w tym miejscu chciałbym zadać kilka pytań - trzyma się to kupy, są jakieś fajne intrygi i postacie, nie przesadza pan pisarz z magią i wymyślnymi stworkami? Będzie tendencja zwyżkowa w kolejnych tomach? Kończy się to jakoś fajnie? Sagę Martina najbardziej polubiłem za oryginalność i igranie z utartymi schematami gatunku, więc w związku z tym mam pytanie najważniejsze: czy Erikson zmierza podobnym tropem?

Szczególnie jestem ciekaw opinii Jaroda, który z tego co pamiętam zapałał podobną miłością do PLiO :)

Odpowiedz
#6
Więc tak... Przeczytałem osiem tomów, potem się zmęczyłem, a teraz dwóch ostatnich chyba nie przeczytam już bo wielu rzeczy nie pamiętam :) Z grubsza podpisuję się pod poprzednią opinią jednak, dobra rzecz, aczkolwiek to coś zupełnie innego niż Martin i inne rzeczy są zaakcentowane. No i wady są - dużo emo-pitolenia bohaterów, burdel chronologiczny momentami (zwłaszcza 4 pierwsze tomy, które są skonstruowane z grubsza tak jak 4 i 5 tom PLiO), wkurzający po pewnym czasie schemat każdego tomu (grupa postaci wędruje cały tom, a w końcówce mamy tzw. konwergencję czyli inaczej rozpierdol z udziałem największych pakerów). No i natłok postaci i wątków może przytłaczać, Martin przy tym to przedszkole :). Zabaw schematami jest dużo (uwielbiam np motyw w 3 sezonie - dwoje super kozaczących czarodziejów - nekromantów, którzy w trakcie trwania fabuły dostają wpierdol po kolei od KAŻDEGO), podobnie humoru i ciekawych postaci, ale w przypadku tych ostatnich po pewnym czasie schematyczność konstrukcji również się wkrada. Co do imion - to akurat nawiązanie (czy też zrzynka) do Cooka Czarnej Kompanii, zresztą kilka motywów fabularnych Erikson stamtąd żywcem wręcz skopiował.

Tutaj masz zaś świetny tekst wyjaśniający dlaczego ten cykl mopże się nie podobać:
http://www.bobrownia.com/analizy/moj-problem-malazanska-ksiega-poleglych/

A najlepszą powieścią w klimatach GoT jaką znam są bez dwóch zdań Filary Ziemi Folletta; odnoszę wręcz wrażenie że Martin pewne elementy formuły stamtąd sobie pożyczył. Nie zwracaj uwagi na serialową adaptację która była denna i z książkowym oryginałem miała jeszcze mniej wspólnego niż GoT z PLiO.
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#7
Dzięki za odpowiedź :)

Wydaje mi się, że łatwiej bym to łyknął gdyby było to dobrze napisane, a odnoszę wrażenie, że przynajmniej "Ogrody księżyca" pod tym względem trochę niedomagają. Jestem na dobrym tropie? ;) Podany link też nie nastraja optymistycznie. No nic, będę próbował czytać, a jak się nie uda to wrócę do "Ziemiomorza", które z kolei napisane jest zachwycającym, poetyckim wręcz językiem, ale odstraszyły mnie przypuszczenia, że to dosyć grzeczne i schematyczne książki (w końcu klasyka), a miałem jednak ochotę na coś mroczniejszego i bardziej mięsistego.

Odpowiedz
#8
jarod napisał(a):A najlepszą powieścią w klimatach GoT jaką znam są bez dwóch zdań Filary Ziemi Folletta;

Serio, Albertino, jeżeli chcesz czegoś w stylu PLiO (choćby na chwilę), to zdecydowanie popieram wskazówkę jaroda - gdyby ktoś podmienił nazwiska na okładkach (i gdyby "Filary Ziemi" nie były powieścią tak słynną), to dałbym się nabrać, że to robota Martina. Co, prawda, to nie fantasy, ale elementów nadprzyrodzonych to u Martina wielu więcej nie ma - natomiast cała reszta się zgadza. Malaz dobry, ale to kompletnie inna bajka.
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#9
Kurcze, jednak wolałbym coś fantasy. Wydałby Martin w końcu te 'Wichry zimy" i byłoby po kłopocie :P Nie mówię, że musi być jota w jotę jak "PLiO", ale mam ochotę na jakieś mroczniejsze i dojrzalsze fantasy z polityką i urywającymi dupę twistami :P

W nieco podobnym stopniu do sagi Martina wciągnęła mnie ostatnio "Diuna" Herberta, ale jednak ta książka była grzeczniejsza, skromniejsza pod względem ilości bohaterów i w znacznie mniejszym stopniu stawiała na twisty, więc na razie (po 1 tomie) zaprzestałem dalszej lektury.

Odpowiedz
#10
Jeżeli chcesz mogę Ci wrzucić linka tłumaczącego o co chodzi w głównej linii fabularnej, bo to wyjaśnia się dopiero w trzecim tomie - a znając pewne powiązania łatwiej będzie Ci się pierwszy i drugi czytało, i założę się że wtedy już na pewno będziesz czytał :) Możesz też Abercrombiego spróbować - pulpa totalna, ale bardzo samoświadoma i dająca momentami kupę frajdy, takie fantasy z Rką, dużo chamówy, zdrad, tortur i innych takich :) Taki książkowy odpowiednik Spartacusa można by rzec, co w sumie uznaję za zaletę, bo Spartacus wbrew pozorom bardzo zyskuje kiedy przywyknąć do kiczowatej formy (która zresztą też jest uzasadniona) i potrafi dostarczyć niezłej rozrywki.

Ziemiomorze całkiem niedawno czytałem i też miałem problem, wkręciłem się dopiero w trzecim tomie, w ogóle jak dla mnie w przypadku tego cyklu każdy kolejny tom jest lepszy od poprzedniego. Ale na zawijasy fabularne radzę nie liczyć, tutaj liczy się bardziej psychologia postaci, filozofowanie i takie tam.

A, Amber Zelaznego znasz? Jeżeli nie badaj w pierwszej kolejności i nie wracaj uwagi na to że początkowo rzecz może się wydawać sztampowa (budzę sie bez pamięci, bla bla bla...), potem (w okolicach 4 tomu) fabuła BARDZO się komplikuje i nic nie jest takie oczywiste jakim się wydawało na początku. Zresztą w ogóle Zelazny jest rewelacyjny, serdecznie polecam, chociaż trzeba też uważać bo nie wszystkie powieści mu wyszły.

A jeżeli chcesz zabawy konwencja aleniekoniecznie fantasy - koniecznie sprawdź Akunina cykl o Fandorinie. Mistrzowskie pastisze kryminałów "z epoki", mega błyskotliwe i inteligentnie prowadzone, z genialnym humorem.
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#11
Cóż, z tego, co wiem, jarod poleca w podobnej tematyce cykl Pierwsze prawo autorstwa Joego Abercrombie - mnie pierwszy tom nie porwał, ale to wina wydawcy pierwszej części...
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#12
Na pierwszy kontakt z Abercrombiem lepsza jest Zemsta najlepiej smakuj na zimno.... Diuna spoko (choć drugi tom to dno), aczkolwiek to - pdobnie jak w przypadku LeGuin - więcej filozofowania ( i proeco wstawek) niż fabuły per se.
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
#13
Jeśli owy link będzie obchodził się bez jakichś znaczących spoilerów, to możesz wrzucać.

Książka wydaje się być trochę chaotyczna, ale z drugiej strony na razie ogarniam mnie więcej co się dzieje, więc może nie będę musiał korzystać :)

"Amber" miałem na oku, dzięki za przypomnienie - jak z "Malazańską" nie wypali, to może za to się wezmę.

Odpowiedz
#14
Nigdy nie zrozumiem fenomenu Amberu, a tak się składa, że Zelazny napisał moją trzecią ulubioną powieść wszechczasów - Pana Światła (jakby kogoś interesowało, nr 1 to Bridge of Birds, a nr 2 to Shibumi). Ale nie, wszyscy (łącznie z Sapkowskim) wielbią te dziesięć cieniutkich objętościowo jak i jakościowo książeczek. A właściwie pięć, bo bądźmy szczerzy - od momentu gdy zmienia się bohater i zaczyna druga seria, nawet fani przyznają, że Amber znacząco traci na jakości.
Choć w sumie może nie powinieniem się wypowiadać, bo mój ulubiony cykl fantasy po Martinie to Pamięć, Smutek i Cierń, a nie znam innej osoby, która nie uważałaby go za śmiertelnie nudny. Także Williamsa nie mogę z czystym sumieniem polecić.
Cytat:miałem jednak ochotę na coś mroczniejszego i bardziej mięsistego.
Polecam w takim razie trylogię Upadłe Imperium Marka Lawrence'a (dotąd wyszły u nas dwa tomy). Czytałem pierwszy tom, bardzo mroczne i mięsiste, a przy tym nieźle napisane, zaś bohater to niezły sku...syn.

Odpowiedz
#15
Co poleca sam Martin, gdy się go pyta o "coś w klimatach GOT":
http://www.granice.pl/kultura,george-r--r--martin-o-prawdziwej-grze-o-tron,5176

Może nie do końca pasuje, bo żadne z tego fantasy, ale jeśli chodzi klimat to jest miodzio: dialogi mnóstwo ok, nikt się z nikim nie patyczkuje, intryg od cholery, truje się królów i dzieci w kołyskach, a ostatni sprawiedliwi giną pohańbieni. W trakcie lektury można śmiało wskazać - o, ten przypomina Roberta, o, pierwowzór Littlefingera/Tyriona/Cersei/babci Tyrell, o, stąd chyba czerpał inspirację przy akcji z Nedem. Tak jak u Martina, źródłem całego clusterfucka jest chuć królewskich/książęcych małżonek, która sporami o sukcesję(choć wojna wybucha tu dużo później).


Najmocniejsze są pierwsze cztery książki. Następne dwa, czyli te o początkach wojny stuletniej są ok, ale trochę boli zmarginalizowanie wątków bohaterów poprzednich tomów. No i cała epopeja "Wilczycy z Francji", jej relacje z mężem, synem i kochankiem ma taki potencjał, że zasługuje na oddzielny cykl.


Ostatni tom, "Kiedy król gubi kraj", to jeszcze inna sprawa; napisana jakieś dwadzieścia lat później, już po pierwszej ekranizacji serii, toczy się jakieś pięćdziesiąt lat po wydarzeniach z pierwszego tomu, z pierwotnego składu nie ostał się nikt, co ważniejsze figury są wspominane jako przykład "ach, to był dobry król" czy coś w ten deseń, a całość fabuły "Kiedy..." to wspomnienie starego dziada, który snuje opowieść, jak to król Jan partaczył sprawę.

Jeśli chodzi o objętość, to waha się ona w zakresie 120-300 stron, więc przerobienie całości powinno zlecieć dość szybko.

tl;dr - Marsz do bibliotek.

Inne polecane przez Jerzego Rajmunda Ryszarda Marcina http://booklips.pl/newsy/george-r-r-martin-poleca-ksiazki/
Everything is so dense, every single image has so many things going on...

Odpowiedz
#16
"Królów przeklętych" nawet mam w domowej biblioteczce moich rodziców, ale to znowu nie jest fantastyka, a to na nią mam ochotę ;) Chyba, że warto przeczytać w celu znalezienia, być może, przyszłych twistów w twórczości Martina ;)

Z "Malazańską..." raczej męczyć się nie będę, bo od strony literackiej najwyżej rzemieślnicze, a i klimat nie wydaje mi się być do końca spójny. Niby na pierwszych stu stronach pojawiło się parę rzeczy, które mnie zaciekawiły, ale znacznie więcej takich, które zniechęciły.

Przy delikatnej pomocy w postaci rekomendacji samego Martina, padło na wyczekujące na mojej półeczce "Imię wiatru" Rothfussa (też brodacza). Obym tym razem nie pożałował :)

Odpowiedz
#17
Rothfuss to taka trochę dojrzalsza wersja Harry'ego Pottera. Ładnie napisane, ale momentami dłuży się niemiłosiernie.

Odpowiedz
#18
(19-07-2012, 13:37)nawrocki napisał(a): Kończę aktualnie trylogię 'Książę Nicości' Bakkera (pozdro dla twojej sygnaturki!) i wypadałoby zabrać się za jakiś nowy cykl fantasy, w związku z tym książki Eriksona wydają się być najprostszym i zarazem najlepszym wyborem ale, kurde, ta ilość tomów mnie odstrasza...
Wreszcie przestałem się bać i postanowiłem na ostro zabrać się za cykl Eriksona, aktualnie zostało mi 150 stron trzeciego tomu, ale już w połowie drugiego byłem absolutnie kupiony. Znakomity, pełny pomysłów, fajnych postaci i rozmachu cykl, który, jak się domyślam, dopiero nabiera rozpędu a już zdążył mi parę razy zaserwować istny rollercoaster. Sznur Psów z drugiego tomu i losy armii Coltaine'a - to by się idealnie nadawało na nowy film Mela Gibsona. Podobnie jak w trzecim tomie motyw z obroną Capustanu - miazga.

Jedyny problem, jaki mam z tą serią to... jej dostępność. Dwa pierwsze tomy praktycznie zniknęły z księgarń i chodzą na allegro za 100-150zł, to samo tom piąty. Niby MAG miał robić dodruki, ale ostatecznie gowno z tego wyszło.

Odpowiedz
#19
No przeczytałem pierwszy tom i zabrałem się za drugi.
Trzeba przyznać, że to znakomite czytadło, ale...
Tak przegiętej fantasy jeszcze nie czytałem, a zdarzyło się już trochę w życiu poznać.
Ta ilość magii, potężni czarodzieje, istoty żyjące po 20 tys. lat, rasy żyjące po 300 tys., jakieś bóstwa, demony zdolne niszczyć całe miasta, artefakty o mocach biblijnych :D
Za dużo tego i czasami sprawia to wrażenie, że autor chce sobie z całego fantasy siarczyście zakpić.
No zobaczymy co będzie dalej.

Pytanie. Czy całość jest w miarę spójna i postaci które się pojawiły, pojawią się ponownie, czy całość będzie tak skakać w różne miejsca? Jest tu jakaś ciągła linia fabularna, która w ostatnim tomie "rozwiąże wszystkie tajemnice"?
Duży i dobry zawsze pokona małego i złego.

Odpowiedz
#20
(14-10-2017, 22:45)Dr Strangelove napisał(a): Tak przegiętej fantasy jeszcze nie czytałem, a zdarzyło się już trochę w życiu poznać.
Ta ilość magii, potężni czarodzieje, istoty żyjące po 20 tys. lat, rasy żyjące po 300 tys., jakieś bóstwa, demony zdolne niszczyć całe miasta, artefakty o mocach biblijnych :D
Za dużo tego i czasami sprawia to wrażenie, że autor chce sobie z całego fantasy siarczyście zakpić.

Dokładnie to odrzuciło mnie od tej serii - przegięta ilość magii, która nie wydawała mi się jakoś wewnętrznie spójna, a jak nie wiadomo jakimi prawami rządzi się świat przedstawiony, to ja mam to gdzieś. Może jeszcze kiedyś spróbuję drugiego podejścia.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości