Dawno temu na Dzikim Zachodzie
#1
Nie ma, lub nie znalazłem, na forum tematu o westernie. Gatunek już mocno zakurzony i zapomniany, ale jakże łatwo rozpoznawalny. Ogląda ktoś? Przyznam szczerze, że rzadko wracam już do starych, dobrych westernów. Czasu brakuje na nowe produkcje, nie mówiąc o powrocie do staroci, ale western to gatunek, który darzę największym sentymentem, bo to zamiłowanie przekazane przez ojca. :) Ktoś lubi? Ogląda, oglądał? Wolicie klasyczne, anty, czy może spaghetti? Jest jakiś film, który szczególnie Was urzekł? Jakiś twórca w ramach gatunku, który zaskarbił sobie Wasze uznanie? Może ktoś, tak jak ja, chce wrócić chociaż na chwilę w tamte rejony? Pogadajmy o westernach. Ja zacznę, chociaż nie będzie oryginalnie. 

[Obrazek: rio-bravo-movie-poster-1959-1010430838.jpg]

Jeden z pierwszych (a może nawet pierwszy?) western jaki zobaczyłem, a na pewno ten, dzięki któremu wsiąknąłem w ten klimat, to Rio Bravo. Mimo, że klasyczny western nie należy do moich ulubionych to ten film jest dla mnie sztandarowym przedstawicielem gatunku. Hawks stworzył film totalny, świetnie wyważony, z genialną obsadą, doprawiony fantastyczną muzyką. Klimat niepowtarzalny. Sentyment na wieki. 

Czy jest ktoś kto nie nucił tej piosenki? 




Odpowiedz
#2
Znam całą piosenkę, śpiewam sobie co jakiś czas. Rio Bravo uwielbiam, westerny oglądam i wiele bardzo lubię. Więcej napiszę jak jakiś western sobie obejrzę, nie chcę oceniać z pamięci.

Jedno jest dla mnie pewne, król gatunku jest tylko jeden!
[Obrazek: gbuperkins_thumb_7df458d6-1770-4a55-9384...1410241662]

Odpowiedz
#3
Temat widzę tak żywotny, jak omawiany gatunek filmowy. :) Niezrażony (jeszcze), wrzucam kolejny film z mojej osobistej westernowej topki, tym razem od Krwawego Sama. 


[Obrazek: large_l4gC8XpnWW7Vr6ul7sUZo5HI8hx.jpg]

Mówisz Peckinpah, myślisz Dzika Banda. A nie, zaraz, ja myślę Pat Garrett i Billy Kid! Dziką Bandę oczywiście również bardzo cenię, bo to rewelacyjne kino, ale to opowieść o dwóch przyjaciołach po przeciwnych stronach barykady jest moim ulubionym filmem tego reżysera. Dzieło Peckinpaha jest przygnębiające, przepełnione żalem i tęsknotą za tym co bezpowrotnie minęło. Billy Kid pragnie niczym nie skrępowanej wolności i nie chce pogodzić się z faktem, że Zachód jaki zna, odchodzi w zapomnienie. Pat Garrett ulega tym zmianom, porzuca dotychczasowe życie i jako szeryf wyrusza w poszukiwaniu dawnego kompana, ku własnemu potępieniu. Genialny duet - Coburn i Kristofferson, przepiękne zdjęcia i krajobrazy, świetne dialogi, fantastyczna muzyka Dylana. Antywestern pełną gębą. 

Czyż nie jest to jedna z najbardziej przejmujących scen w historii westernu? 


Odpowiedz
#4
W moim top westernów króluje niepodzielnie Tombstone. Dalej Unforgiven. Na półce postawiłem też Magnificent Seven (1960), The Quick and the Dead, Wild Bunch, Dances with Wolves, Revenant, Open Range, 3:10 to Yuma (remake), The good, the bad and the Ugly i Once upon a Time in The West (choć do tych dwóch ostatnich zdarzyło mi się wrócić tylko raz po pierwszym seansie), no a do tego jeszcze Lone Ranger i kilka części Winnetou :)

W dzieciństwie to był jeden z moich ulubionych gatunków filmowych, utkwiły mi w pamięci jeszcze Broken Arrow (1950) (zwłaszcza Debra Paget), oraz serial "How the West was Won".
AS FOR THE GOOD NEWS... THERE'S NO FUCKIN' GOOD NEWS
Nie interesuje mnie kino ogólnie, a jedynie filmy o tym, co mnie interesuje.
Recenzje filmów i komiksów

Odpowiedz
#5
Lone Ranger strasznie trudno mi rozpatrywać w kategorii dobrego westernu. Taki twór Piratopodobny, z tym że na Dzikim Zachodzie. Jestem na nie. Z tego co pamiętam to na uwagę zasługiwały jedynie piękne krajobrazy i momentami niezła muzyka Zimmera.

Ja dzisiaj krótko.

[Obrazek: v1.bTsxMTIwNTA5NTtqOzE3MzE5OzEyMDA7MTUzNjsyMDQ4]

Mój absolutny numer jeden, arcydzieło gatunku. Western totalny. Genialna reżyseria i sposób prowadzenia narracji, kapitalny scenariusz, wspaniałe zdjęcia, niesamowita muzyka Morricone, rewelacyjna obsada z hipnotyzującym Henry'm Fondą w życiowej roli, tajemniczym Bronsonem, świetnym Robards'em i piękną Claudia Cardinale. Film absolutnie perfekcyjny. 

A otwarcie? Czysta poezja. 
 


Odpowiedz
#6
Gdy ktoś mnie pyta o ulubione westerny(nikt tak nie robi, ale musiałem użyć jakiejś figury stylistycznej do wstępu) to wspominam dwa tytuły :


1.The Great Silence

Wyjątkowo ponury makaroniarski anty-western, w którym diaboliczny Klaus Kinski mierzy się z francuskim milczkiem, w śnieżnej scenerii z którą ostatnio nie potrafił poradzić sobie Tarantino. Corbucci zaś umie wykorzystać dobra natury i posługuje się chłodnymi warunkami pogodowymi niczym Fincher w "Se7en". Dzieło autora oryginalnego "Django" można nazwać swoistym nihilistycznym manifestem, albowiem cała historia ma w sobie posmak ciążącego nad bohaterami fatum. Jakby tego było mało, cynizm zakończenia zwala z nóg i kopie leżącego widza. Warto zobaczyć, chociażby po to, aby podziwiać Klausa prezentującego się tak :

[Obrazek: Il-grande-silenzio-Sergio-Corbucci-1968-2.jpg]


2.Cut-Throats Nine
[Obrazek: 20160303185654725.JPEG]
Kolejna zimowa przygoda. Tym razem mamy do czynienia z  "Dziką Bandą", tylko, że bez litości, skrupułów i jakiegokolwiek poczucia dobrego smaku. Obserwując poczynania szalejącej na ekranie ekipy zwyrodnialców, zaczynamy modyfikować swoje poglądy nt. figury tzw. "antybohatera".O ile Eastwoodowi i Nero prawie zawsze można kibicować, tak oglądając w akcji tych rzezimieszków, towarzyszy nam jedynie uczucie trwogi i obrzydzenia. 

Odpowiedz
#7
Podbijam "The Great Silence". Znakomita rzecz. Szkoda, że nigdzie niedostępna w przyzwoitej jakości :/
For my ally is the Force, and a powerful ally it is.


Odpowiedz
#8
Zgadzam się, Il Grande Silenzio to bodaj najlepszy western Corbucciego (przynajmniej z tych, które widziałem). Ciężki, depresyjny klimat, posępna muzyka Morricone, świetny Kinski i zabójcza zima. Film, który wywrócił wartości znane do tej pory w westernie do góry nogami.

Jak Corbucci to wiadomo - Django, jego najbardziej znany film. W ostatnich latach, dzięki Quentinowi, obejrzało go na pewno parę osób, które wcześniej nie wiedziały, że coś takiego istnieje. 

Ciekawostka odnośnie jednego z westernów Corbucciego. W filmie Il Mercenario Franco Nero gra polskiego najemnika, Sergieja Kowalskiego. 

Odpowiedz
#9
Jako że "Once Upon a time in America" to dla mnie obecnie już arcydzieło, nadszedł czas aby nadrobić zaległości Sergio Leone.

A więc " Pewnego razu na Dzikim Zachodzie".

Nie leżą mi westerny. Pamiętam je jako filmy które leciały w niedzielę po południu i oglądało się je bo nic innego nie było a dawały posmak Ameryki. Były jednak tandetne bo ileż można oglądać dobrego szeryfa który odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Dlatego nigdy od dzieciństwa już do nich nie wracałem.

Uwielbiam filmy, gdzie czuć dosłownie zmiany. (np "Wspaniałość Ambersonów" Orsona Wellsa). W "OUATITW" nad horyzontem daje się zauważyć widmo cywilizacji. Wraz z postępującą budową linii kolejowych przychodzą postęp, prawo i „porządek” – czas twardych mężczyzn, którzy rozwiązują wszystkie spory przy użyciu broni, chyli się ku końcowi. Poruszany jest tutaj jeden z wielkich westernowych tematów – zmierzch Dzikiego Zachodu. Uwielbiam tych ludzi pracujących nad budową kolei, te podwaliny pod stacje i malutkie miasteczko - tak się rodziła ówczesna Ameryka, stopniowo wypierając stare czasy bezprawia. Jest to fantastycznie pokazane i czuć ten klimat.

Zdjęcia i powolna narracja oraz długie kadry to jak widzę znak rozpoznawczy Leone. Oczywiście, bardzo mi się to podoba. Scena wprowadzająca to małe dzieło sztuki, same napisy trwają 10 minut a potem dopiero wjeżdża pociąg na stację. Oj umie w reżyserię Sergio, umie. Takie filmy chcę oglądać bo takie filmy się przeżywa.

Muzyka - wiadomo. Trudno coś napisać aby nie powielać tego co piszą inni.
Scenografia i kostiumy: wszystko bardzo dobrze ale jest się do czego przyczepić. To niby drobiazg ale Claudia Cardinale z idealnymi ząbkami, tapirem na głowie i takim makijażem... No dobra, to film i może to czepianie się, ale jak widziałem jakiegoś pomarszczonego Matuzalema który ją odwoził ze stacji do tej farmy... gościu miał lepsze uzębienie niż większość polskich celebrytów :)))

Aktorsko - dobrze że Fonda zagrał złego, całkiem dobrze mu to wyszło. Robards dobrze, Cardinale nie zrobiła za to na mnie większego wrażenia. Bronson dobrze ale widziałbym w tej roli oczywiście Clinta Eastwooda.

W fabule być może jest trochę niezrozumiałych zachowań (które ktoś już chyba w temacie o Sergio Leone wypisał), ale nie o to chodzi w filmach. Wybitni reżyserzy pozwalają nam film przeżyć, poczuć. Nie zawsze trzeba się wszystkiego czepiać. Tak robi np Lynch od wielu lat.

Film jak na western bardzo dobry, choć dalej nie jest to moja bajka. Ale doceniam kunszt reżysera, muzykę, klimat i tło.

8/10.

Więc mówicie, że to jest szczytowe osiągnięcie westernów? Trylogia Leone gorsza?

Odpowiedz
#10
Wielu pewnie się nie zgodzi, ale dla mnie tak. Z czego w moim przypadku to był pierwszy film Leone i ujął mnie w całości. Otwarcie, pojawienie się Harmonijki w "zajeździe", finałowy pojedynek czy konfrontacja w pociagu - genialne sceny. Kocham też to przeciagnięte zakończenie. Muzyka oczywiście wiadomo, dzielo sztuki, ale warto jeszcze podkreślić jak ona tu pasuje! Sprawdza się metoda Leone polegająca na wcześniejszym nagrywaniu jej i puszczaniu aktorom - zgranie nut Morricone z tym co się dzieje na ekranie jest magiczne.


Z trylogii dolarowej w mojej ocenie najlepsza jest druga odsłona. Moja ulubiona z tych trzech historii, świetne tempo i pojedynki a przede wszystkim genialny, bezbłędny duet. Potem oczywiście "Dobry, zły i brzydki" - tutaj mam chyba tak jak ty z bohaterem tego tematu, doceniam bardzo, czysto filmowo to ideał, ale nie ujął mnie w pełni.
Za to pierwsza część jak niezłym kinem przygodowym by nie była tak jest najgorsza. Czuć, że Leone dopiero dopracowywał swój warsztat i zdecydowanie przegrał porównanie z filmem Kurosawy (który stał głównie reżyserią i Mifune - którego poziom charyzmy Clint osiągnął imo znacznie później, jednak same finałowe starcie wyszło nieporównywalnie lepiej Japończykowi).


Co do westernów to spróbuj wspominanego "Człowieka zwanego Ciszą", myśle, że ci się spodoba. Sam chce zrewatchować wkrótce, fantastyczny film.

Odpowiedz
#11
(22-07-2020, 00:36)Kuba napisał(a): Muzyka oczywiście wiadomo, dzielo sztuki, ale warto jeszcze podkreślić jak ona tu pasuje! Sprawdza się metoda Leone polegająca na wcześniejszym nagrywaniu jej i puszczaniu aktorom - zgranie nut Morricone z tym co się dzieje na ekranie jest magiczne.

Ja nie wiem jak ktoś może to kręcić inaczej. Nie znam się dobrze na produkcji filmowej ale czyż to nie jest idealny sposób aby ukazać wizję filmu, emocje danej sceny aktorowi?

W filmie podoba mi się też to że wszyscy są nieprawdopodobnie brzydcy, przoduje oczywiście Bronson :))). No, gdyby tylko nie te zęby...

Slapstickowy dźwięk podczas policzkowania też można było nagrać inaczej.

Czy w filmie jest jakakolwiek inna postać kobieca poza CC? I jak ona przeżyła z tą swoją aparycją (i przeszłością) na tej pustyni sama, wśród tych wszystkich wygłodniałych robotników i macho-manów?

@Kuba - dzięki za polecenie, wpisuję film na listę.

Odpowiedz
#12
Muzyke jako taką to na planach się puszcza. Ale niekoniecznie tą z konkretnego filmu, głównie dlatego, że ta nie raz powstaje później. Leone i Morricone wiedzieli jak muzyka oddziałowuje na ludzi, zwłaszcza taka która przynosi im na myśl ich przeżycia i uczucia, uznali więc ze dobrze będzie dać aktorom niejako "ich" muzyke. Nie tylko dla nastroju - przynajmniej w scenie na stacji Claudia porusza się do rytmu wierząc dokumentowi o Morricone :P ale fakt jest taki ze tu czesto aktorzy wręcz płyna z muzyką.

Fakt, że w tym filmie jest kilka niescisłości, ale cóż...ja przynajmniej nie jestem z tych którzy czepiają się wszystkiego :P zwłaszcza przy takim filmie który ma pewien element nieco hmm baśniowy, nostalgiczny. Tak jak "trylogia" stoi w sumie na ziemii tak Pewnego razu nie należy brać w 100% na serio.

Ja uważam tez ze akurar Charles to obsadowy ideał i Eastwood tutaj nie pasował. Podobnie za Fonde (mimo, że to prosta rola) nikogo bym nie dał innego.
Cardinale to też idealny wybór do tej roli, raz, że powalająco piękna - miała w sobie poza urokiem i delikatnością, pewien majestat, tajemniczość i absolutnie wyjątkową prezencje - dzięki tym cechom nawet bez głosu świetnie wypadała u Viscontiego. Rola niby żadna a mocno tkwi mi w głowie. W "Zawodowcach" Richarda Brooksa stworzyła też rewelacyjny duet z Burtem Lancasterem (jakże inny od tego z "Lamparta"). Też western, chociaż zdecydowanie gorszy i przy okazji jeden z tych które powinny otrzymać remake, pomysł wyjściowy jest znakomity, nawet jeśli dość prosty.

Odpowiedz
#13
(26-02-2017, 13:40)Grievous napisał(a): Podbijam "The Great Silence". Znakomita rzecz. Szkoda, że nigdzie niedostępna w przyzwoitej jakości :/

Poszukaj a znajdziesz wersję 1080p leżącą na jednym takim serwisie na trzy litery :)

Odpowiedz
#14
(22-07-2020, 00:06)Doppelganger napisał(a): Aktorsko - dobrze że Fonda zagrał złego, całkiem dobrze mu to wyszło. Robards dobrze, Cardinale nie zrobiła za to na mnie większego wrażenia. Bronson dobrze ale widziałbym w tej roli oczywiście Clinta Eastwooda.
Dobrze? No to już gruba przesada taka niska ocena. Frank to jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina dla mnie. Fonda w tej roli to mistrz. I cieszę się, że nie było tam Clinta. Trudno mi sobie wyobrazić kogoś innego niż Bronson.

(22-07-2020, 00:06)Doppelganger napisał(a): Więc mówicie, że to jest szczytowe osiągnięcie westernów? Trylogia Leone gorsza?
Tak :D
Ale tak na poważnie to dla mnie te filmy to po prostu części jednej całości. Karkołomne może porównanie ale mam tak jak z Bareją. "Miś", "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" i "Brunet wieczorową porą" to dla mnie jeden film w kilku częściach.

I też nigdy nie byłem fanem westernów. Poza filmami Leone ten gatunek nigdy mnie specjalnie nie ekscytował. No oczywiście jest jeszcze Peckinpah.
Wtedy śmieli się znowu, uważając, że to okropnie komiczne, że Paszczak przez całe życie robił to, na co nie miał ochoty, tylko dlatego, że nie potrafił odmówić.

Odpowiedz
#15
Doppelganger napisał(a):Więc mówicie, że to jest szczytowe osiągnięcie westernów? Trylogia Leone gorsza?

Kuba napisał(a):Co do westernów to spróbuj wspominanego "Człowieka zwanego Ciszą", myśle, że ci się spodoba. Sam chce zrewatchować wkrótce, fantastyczny film.

Akurat z westernów Leone najbardziej podoba mi się druga część Trylogii, swoją drogą najbliższa "Pewnego razu". Ba, "Pewnego razu" to niemal wariacja tego samego motywu... Nawet zamiast harmonijki jest powiązana z zemstą melodia pozytywki. Może wolę go dlatego, że duet Eastwood-Van Cleef ma więcej charyzmy niż Bronson-Robards? A może ze względu na hipnotyzującą rolę Giana Marii Volonte? Którego też uważam za najlepszego antagonistę u Leone. Nawet Kinski pojawia się na drugim planie. Oczywiście warsztatowo to "Pewnego razu" jest na wyższym poziomie, przejścia między kadrami, zdjęcia, no to już jest popisówka Leone.

"Człowiek zwany Ciszą" absolutnie nie sięga poziomu westernów Leone, natomiast to wciąż absolutna czołówka antywesternów i film unikatowy. Wszystko jest tu na odwrót - zamiast piasku wszędzie jest śnieg (ciekawe czy to była inspiracja dla Ósemki Tarantino), protagonista jest niemy i mało charyzmatyczny... a całe show kradnie Kinski w jednej ze swoich najlepszych ról - a to coś znaczy. Szczególnie, że rola jest perfekcyjna dla niego, a gość ma najbardziej antagonistyczną gębę w historii kina. No i zakończenie tego filmu - najmroczniejszy finał westernu jaki dane mi było widzieć. Wisienką na torcie muzyka Ennio Morricone.

Westerny Peckinpaha są bardzo dobre, ale również to nie poziom Leone, tak samo jak te z Johnem Waynem.


Z westernów LEPSZYCH od westernów Leone:

- "W samo południe" Zinnemanna - najlepszy western wszech czasów w mej opinii.
- "Jeździec znikąd" z 1953 - przepiękne kadry, klimat pustkowi jak w Falloucie i legendarna rola Jacka Palance'a, który jedną krótką sceną zgarnął nominację do Oscara.
- "Na południe od Brazos" - perełka, to jest zupełnie inna skala: 6,5 godzinna ekranizacja wybitnej powieści, w 4 odcinkach. Także zupełnie inny poziom dialogów, a obsada... starczy powiedzieć że zarówno Robert Duvall jak i Tommy Lee Jones uważają, że zagrali tu role życia. Oczywiście, z całym szacunkiem dla Jonesa, Duvall jest aktorem dużo lepszym od niego - to już chyba najwyższa półka Hollywood, obok Nicholsona, Brando, Sutherlanda i tak dalej.

Rozważyłbym jeszcze "Unforgiven" Eastwooda, ale to już zapewne wszyscy widzieli (swoją drogą dość zabawne, że Eastwood, z którego Leone się nabijał, że ma w swoim repertuarze aktorskim tylko dwie miny, nakręcił lepszy western od niego...).
You can't reason someone out of a position, they didn't reason themselves into.

Odpowiedz
#16
Eastwood za czasów trylogii był jeszcze daleko do zostania aktorem wybitnym to Leone się nie dziwie :P Unforgiven to faktycznie wielki film i przy okazji pierwszy western który mnie w pełni kupił i przekonał do gatunku.

Od Peckinpaha widziałem jedynie "Dziką bande" a z Waynem "Poszukiwaczy" i w sumie oba stawiam poniżej Unforgiven, Pewnego razu, Człowieka i dwóch ostatnich odsłon trylogii Leone
Banda ma świetne otwarcie i jeszcze lepsze zamknięcie, ale w większości to po prostu bardzo dobry film który niczym jednak nie zachwyca ani tym bardziej już nie szokuje. Za to Poszukiwacze to zwyczajnie świetne kino przygodowe z niezłym Waynem..i w sumie tyle moge o tym powiedzieć.

Co do "Czlowieka.." Kinski faktycznie jest wybitny, ale protagonista też nie wypada źle. Trintignant to charyzmatyczny aktor i wlał w tego bohatera tyle życia ile było to możliwe. W konfrontacjach z Kinskim wypada świetnie. Drugi plan też jest tam bardzo dobry i barwny.

Odpowiedz
#17
(22-07-2020, 09:01)Dr Strangelove napisał(a):
(22-07-2020, 00:06)Doppelganger napisał(a): Aktorsko - dobrze że Fonda zagrał złego, całkiem dobrze mu to wyszło. Robards dobrze, Cardinale nie zrobiła za to na mnie większego wrażenia. Bronson dobrze ale widziałbym w tej roli oczywiście Clinta Eastwooda.
Dobrze? No to już gruba przesada taka niska ocena. Frank to jeden z najlepszych czarnych charakterów w historii kina dla mnie. Fonda w tej roli to mistrz. I cieszę się, że nie było tam Clinta. Trudno mi sobie wyobrazić kogoś innego niż Bronson.

Gdzie tu niska ocena? 8 to oznacza bardzo dobry film i jest oceną wysoką. Tak samo oceniłem grę Fondy, Bronsona i Robardsa.

Odpowiedz
#18
(22-07-2020, 14:08)Doppelganger napisał(a): Gdzie tu niska ocena? 8 to oznacza bardzo dobry film i jest oceną wysoką. Tak samo oceniłem grę Fondy, Bronsona i Robardsa.

Chodziło mi o ocenę aktorstwa Fondy. Że "całkiem dobrze mu to wyszło". Wyszło mu znakomicie i to jeden z moich ulubionych złoczyńców w historii kina.
No ale de gustibus...

PS. Nie ma jakiegoś tematu o ulubionych złoczyńcach w filmie? Jak jest to z ciekawości bym poczytał kto kogo ceni i za co :)
Wtedy śmieli się znowu, uważając, że to okropnie komiczne, że Paszczak przez całe życie robił to, na co nie miał ochoty, tylko dlatego, że nie potrafił odmówić.

Odpowiedz
#19
Kolego, 8 to możesz dać dupci z pracy jak Ci ładnie wypoleruje strzelbę po godzinach. Dla OUATITW każda ocena poniżej 10/10 to jak gwałt :)
Nie wiem też, co masz z tymi zębami - tak jakby dawni ludzie musieli mieć wiecznie zepsute lub wypadające zęby, bo nie było Colgate, a to nieprawda.


Cytat:Nie leżą mi westerny. Pamiętam je jako filmy które leciały w niedzielę po południu i oglądało się je bo nic innego nie było a dawały posmak Ameryki. Były jednak tandetne bo ileż można oglądać dobrego szeryfa który odjeżdża w stronę zachodzącego słońca.

Oh, mamo. To podejrzewam, że widziałeś 5 na krzyż, skoro tak podsumowujesz cały gatunek. Od westernów jest jednak osobny temat... westerny :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dawno, dawno temu... desjudi 2 1,207 14-04-2007, 15:21
Ostatni post: Motoduf



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości