Indie, czyli gry niezależne
#21
A czy to też nie trwa jakoś bardzo krótko? No bo wiesz - generalnie nie lubię, kiedy gra kończy się szybciej niż Once Upon A Time in the West.:)

Odpowiedz
#22
"Limbo" to ok. 4-5 godzin rozgrywki, ale z wymienionych przeze mnie tytułów w to proponowałbym ci zagrać w pierwszej kolejności.

Odpowiedz
#23
Karol, od kiedy Ubisoft jest producentem Indie? :) Z całą sympatią dla BG&E, ale grą niezależną ( w zakresie finansowania) nie jest.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier


Odpowiedz
#24
Ok, jeszcze jedno pytanie: chcę kupić grę za 1200 MS Points, ale nie ma takich pakietów punktów. Nie potrzebuję 2000 punktów. Jest jakiś sposób kupienia tylko i wyłącznie tej jednej gry, za dokładnie taką kwotę?
I drugie pytanie: można kupić punkty inaczej niż przez PayPala?

Odpowiedz
#25
Też byłem sceptycznie nastawiony do PayPala, ale jakiś czas temu potrzebowałem go do zrobienia zakupów zza granicy. Konto się zakłada w parę minut za darmoszkę, a późniejsza obsługa jest równie prosta co zakupy na Allegro. Transfer także kasy jest błyskawiczny i bezproblemowy. To tak nawiasem, jeśli boisz się mieć PayPala ;)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
--
Laozi

Odpowiedz
#26
(04-04-2012, 17:04)wujo444 napisał(a): Karol, od kiedy Ubisoft jest producentem Indie? :) Z całą sympatią dla BG&E, ale grą niezależną ( w zakresie finansowania) nie jest.

Dlatego napisałem "Nie do końca w temacie (bo tylko część to indie)" ;)

Odpowiedz
#27
[Obrazek: 517689812.jpg]

Graliście? Ja nie. Oceny ma mieszane, ale BIORĘ. Ten screen mnie kupił.:)

Odpowiedz
#28
Grałem w to za szczyla na PSX i zabawa była pierwsza klasa. Gdy niedawno ściągnąłem demo, to okazało się, że albo za młodu byłem totalnym wymiataczem, albo znacznie zwiększono poziom trudności. Kupiłbym, jeśli jest opcja split screen.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
#29
Jest.

Odpowiedz
#30
No to bajka, dzięki za info. Posiadówy przy browarze z kumplami zyskają niedługo nowy wymiar.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
#31
Interstate 76 doczekało się remake'u?
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
#32
Vigilante 8.

Odpowiedz
#33
[Obrazek: grotesquetactics2010101.jpg]

Grotesque Tactics: Evil Heroes

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=6gdtIaIPmrA[/youtube]

Każdy pewnie grał w tę dość specyficzną odmianę RPG, zwaną "taktyczną". Jeśli w tytule, tudzież podtytule widnieje słówko "tactics" wszyscy mają mniej więcej jasny obraz tego, z jaką grą będą mieli do czynienia: walka w turach, z wykorzystywaniem terenu do podniesienia zdolności ofensywnych, lub defensywnych drużyny, zazwyczaj na dość niewielkich planszach. Co ja tu się będę rozpisywał, przecież wszyscy chyba toczyli bitwy w Heroes of The Might and Magic, więc wiadomo o co chodzi.

Grotesque Tactics jest w zasadzie klasyczną grą tego typu - czyli mechanika i sposób prowadzenia rozgrywki to nic nowego pod słońcem - z tym małym wyjątkiem, że mamy tu do czynienia z całkiem zręczną parodią schematów rządzących zarówno grami tego gatunku, jak również w szerszym ujęciu RPG.

Po pierwsze: nasza drużyna - skądinąd sympatyczna - to postaci, które ciężko nazwać bohaterami (jeśli już to z zupełnego przypadku): Drake, który właśnie oblał egzamin w Akademii Wojskowej spotyka pół-boga o aparycji i zachowaniu rozpieszczonego celebryty, plus "Skąpo Odziane Dziewice W Potrzebie" (póki co, Mandy i Candy, ale zanosi się na więcej...), ślepo weń (w pół-boga, nie Drake'a) zapatrzone, zachowujące się niczym groupies (cholernie przy tym zazdrosne, gotowe zaatakować członka własnej drużyny, tylko dlatego, że ów / owa stanęła za blisko ich bożyszcza). Tyle na początek - bowiem do naszej wesołej gromadki dołączają czasem postaci zupełnie niespodziewane, które w czasie walki potrafią zmienić front i bez śladu wstydu okładać swoich ziomków.

Dialogi skrzą się wręcz od humoru. Nie żeby były niesamowicie wręcz błyskotliwe (choć takie bywają), ale sprawiają, że niemal przez całą (jak dotąd) rozgrywkę banan nie schodził mi z gęby. Ot, weźmy chociażby dość fajnie wpleciony tutorial będący jednocześnie satyrą na wszelkiej maści tutoriale. Pół-bóg pyta Drake'a czy ten życzy sobie jakichś bardziej szczegółowych porad, na to ten, że i owszem... Idol namyśla się, jakby to naszej ofierze losu wytłumaczyć, po czym mówi coś w stylu: "Wyobraź sobie, że masz, ten-tego, taką myszkę, wiesz, z dwoma guzikami... eee... prawym i lewym...". OK. Trochę czerstwy przykład, ale w jakiś sposób oddaje dystans z jakim twórcy podeszli do Grotesque Tactics: Evil Heroes, to trochę - pozwolę sobie użyć popularnego przedrostka - meta-gra, albo gra RPG o grze RPG w ramach gry RPG ;-) Tyle, że z naprawdę przyzwoitym humorem.

Pomijając zabawę z gatunkiem, nie stwierdziłem jakichś szczególnie innowacyjnych elementów. Może poza niewielkimi modyfikacjami rozgrywki, kiedy możemy wykorzystać, że tak powiem, "stworzenia niezależne" - ot, np. takie chocochicki (takie strusie w kolorach pastelowych, których samice nastawione są negatywnie do wszystkiego, co żyje), które, co prawda atakują również naszych anty-bohaterów, ale potrafią nieźle przerzedzić wraże szeregi, jeśli tylko uda nam się wroga w ich pobliże zwabić. Poza tym, standard: zdobywamy doświadczenie, zbieramy "znajdźki" w postaci złota, broni, przyodziewku, wykonujemy questy poboczne, itede, itepe.

Grafika, powiem szczerze, jest bardzo, bardzo ładna, ale w ten szczególny, za przeproszeniem, oczojebny sposób, który czasem utrudnia odnalezienie się, swoich bohaterów i wrogów na planszy. Jest ślicznie, a czasami wydaje mi się, że nieco za wiele "nakićkano" na planszach.

Podsumowując, dużo, dużo funu, zręczna zabawa gatunkiem a jednocześnie całkiem wciągający gameplay i (czasami) zaskakujące zwroty akcji. Całkiem wiele, za całkiem niewiele, można powiedzieć. Bo nadmienić tu muszę, że gra wciąż jeszcze dokupienia w zestawie http://www.indiegala.com/ - aczkolwiek w paczuszce, którą otrzymuje się po zapłaceniu więcej niż wynosi średnia. Do końca został jeszcze jeden dzień a Grotesque Tactics jest zdecydowanie powodem, dla którego warto rozważyć ten niewielki wydatek.

P.S. O pozostałych grach z paczki napiszę (pewnie) niebawem :-)
A teraz coś zupełnie z innej beczki ;-) Kolejny zestaw gier indie w drodze, tym razem spod szyldu Groupees Be Mine z dość dobrze ocenianym survival horrorem w gatunku FPS, zawierającym - m.in. tryb kooperacji dla max. 6 graczy - czyli, Killing Floor.

Poniżej trailer Killing Floor a jeszcze niżej zwiastun całego zestawu (w którym oprócz niezależnych gier, znajdziemy trochę niezależnej muzy):



Można składać pre-ordery :-)
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#34
Sprawdziłem dema gier, które tu polecaliście, i ostatecznie... kupiłem Vigilante 8 i Rock of Ages.:) Winterbottom odpadł - ma świetną muzyczkę i klimacik, ale już na etapie znudziło mnie to jechanie na jednym pomyśle. Wybór miałem ciężki, bo kusiły mnie jeszcze Trials HD i Serious Sam - poczekają na następny raz.

A Rock of Ages po prostu miażdży. Świetna, wciągająca, dziwaczna, śmieszna, trudna gra. A Vigilante 8 to nadal fajna rozpierdziałka, jeśli gra się z maksymalną liczbą przeciwników.

BTW: czy jeśli kiedyś będę chciał np. usunąć grę z dysku, to będę mógł ją pobrać za darmo w przyszłości, skoro za nią zapłaciłem? Czy płacę za pojedyncze ściągnięcie, a usunięcie oznacza utratę gry na amen?
BTW2: dobrze, że nie skorzystałem z PayPala. 2000 punktów kosztuje 104 zł na stronie MS. W Media Expert kupiłem zdrapkę na 2100 punktów za 89 zł. W sumie żałuję, że nie kupiłem 4200 - zapłaciłbym bodajże 149.

Odpowiedz
#35
military napisał(a):Winterbottom odpadł - ma świetną muzyczkę i klimacik, ale już na etapie znudziło mnie to jechanie na jednym pomyśle.

Tyle, że ten pomysł stale ewoluuje: w późniejszych etapach mamy nie tylko ograniczoną liczbę klonów, ale także ograniczony czas zapętlenia, etapy którym bliżej jest do klasycznych platformówek, niż zręcznościowych puzzli, i masę innych przeszkadzajek i utrudnień, jak choćby to, że niektóre ciasta moga zebrać tylko klony. Ja tam się nie nudziłem ani chwili - jedyne, co mnie raz na jakiś czas od gry odrzuca to przesadzony poziom trudności.

No, ale widzę, że Ciebie nie przekonam, bo gra chyba raczej nie w Twoim guście - ja zostałem kupiony już na etapie zwiastuna i się nie zawiodłem.
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#36
Cytat:jedyne, co mnie raz na jakiś czas od gry odrzuca to przesadzony poziom trudności.

Mnie odrzuciła żmudna rozgrywka - bo inaczej tego nie mogę nazwać. Nie lubię gier, w których trzeba zebrać wszystkie pierdółki na ekranie. To mi przypomina jakąś pracę; równie dobrze mógłbym dla rozrywki sprzątać mieszkanie. Gdyby mechanika klonowania została wykorzystana do pokonywania różnych przeszkód, aby po prostu przejść dalej, pokonać kolejny kawałek drogi - pewnie gra spodobałaby mi się bardziej. Męczenie się, żeby pozbierać badziewie, bo ktoś rozrzucił je po całej planszy, to dla mnie katorga i wręcz antyteza rozrywki. Mimo wszystko mechanika pomysłowa, a i wykonanie gry mi się podobało.

Odpowiedz
#37
No, generalnie to zbieractwo ciastek to tu podstawa, fakt. Jednak nie to jest sensem gry, tylko to, jak do tego zbierania podejść, jak zmieścić się w czasie, jak ominąć przeszkody a czasem są i etapy - jak wspomniałem - nieco inne. Zresztą tu nie ma dwóch takich samych plansz. Na każdej trzeba użyć innej techniki, innego rozwiązania i wykazać się małpią zręcznością.

Zresztą nasza dyskusja na ten temat rozbija się po prostu o kwestię gustu, więc bez sensu będzie Cię przekonywać, że to mimo wszystko zajebiście fajna gra :-)
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#38
Cóż, military troszkę mnie swoim narzekaniem... zachęcił do ponownego sięgnięcia po The Misadventures of P.B. Winterbottom i jakoś tak, rzutem na taśmę grę ukończyłem.

[Obrazek: 9684.jpg]

Jako, że w tym wątku o niej jeszcze nie pisałem, krótkie przypomnienie: w The Misadventures of P.B. Winterbottom (w skrócie TMoPBW) kierujemy poczynaniami przebiegłego, tudzież perfidnego złodzieja ciastek (u nas pewnie zwanych raczej zapiekankami), tytułowego Winterbottoma, który celem usprawnienia swojego niecnego procederu potrafi na poczekaniu stworzyć klony swojej niegodziwej osoby, które zamyka w pętlach czasowych.

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=Triirdqmevo[/youtube]

Rozgrywka polega na takim wykorzystaniu klonów, by zebrać wszystkie zapiekanki na danej planszy. Początkowo wszystko toczy się dość łatwo, ale z czasem stajemy przed naprawdę trudnymi, wymagającymi wyobraźni zagadkami logicznymi. Przy czym dodatkowym problemem jest to, że często musimy - poza ogarnięciem stawianego przed nami problemu - wykonać odpowiednie czynności w bardzo krótkim czasie, zręcznie i precyzyjnie.

W kolejnych planszach dochodzą dodatkowe elementy, które znacznie podnoszą poziom trudności - np. pojawiają się zapiekanki, które zebrać mogą tylko klony i takie, które po uruchomieniu jakiejś dźwigni pojawiają się na bardzo krótko. Na drodze stają nam złe klony, "ciasta", które można zebrać dopiero po ich oświetleniu, przełączniki otwierające zapadnie i gaszące blokujące nam drogę płomienie, itd. Szczerze mówiąc trudno mi opisać to w jakiś szczególnie obrazowy sposób, bo jakkolwiek bym tego nie ujął, brzmi to nieco... z głupia i dziwacznie.

No, ale taka to już gra. Z dziwaczną fabułą, dziwaczną (acz w jakiś sposób urzekającą) grafiką i z dziwacznymi - choć w trakcie rozgrywki dość szybko się klarującymi - zasadami. Jednocześnie jest to gra przemyślana (choć perfidia twórców w niektórych planszach nie zna granic), wciągająca, niebanalna i dająca sporo satysfakcji (choć równie wiele frustracji). No i - w co wcześniej nie wierzyłem - daje się ją ukończyć :-)

Tak więc, raz jeszcze polecam!
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#39
[Obrazek: killingfloorq.jpg]

Mam już za sobą kilka rundek w Killing Floor i mieszane uczucia po tym, co dane mi było zobaczyć, tudzież w czym uczestniczyć. Pierwsze wrażenie było wręcz odstręczające. Graficznie zdawało mi się bardzo, bardzo słabo, a ogólne niezbyt korzystne odczucia potęgowało jeszcze dodanie przez twórców (nie wiem, jak to fachowo nazwać?) efektu zabrudzonej czy porysowanej kliszy filmowej. Dodatkowo większość lokacji jest ciemna, jak to ujął jeden z graczy, jak nigga ass - i nie chodzi tu tylko o to, że mapy te spowija złowieszczy mrok, ale są miejscówki, gdzie oprócz identyfikatorów współuczestników rzezi nie widać niczego.

Interfejs też nie należy do najprzyjemniejszych. Ciężko się w tym wszystkim połapać na początku, co gdzie i jak, wyszukiwanie serwerów strasznie kuleje, zwłaszcza kiedy chce się znaleźć ten konkretny, na którym ma się znajomych. To znaczy, niby dodani znajomi pokazują się na liście w odpowiedniej zakładce, ale w praktyce wygląda to tak, że... raz się pokazują a raz nie i nikt nie wie, od czego jest to uzależnione.

Przyznam się, że spodziewałem się też, że skoro podstawą jest tu co-op to będzie nam dana do dyspozycji jakaś kampania fabularna, czy temu podobne. Okazuje się jednak, że dostajemy do dyspozycji naprawdę sporą liczbę map, na których toczymy klasyczne do bólu walki z hordami wszelkiej maści mutantów, zombie i innych stworów diabelskiej proweniencji. Czyli, w zależności od tego, jaki tryb gry wybraliśmy (łatwy, normalny, czy krótki i długi) każdy "mecz" dzieli się na etapy zwane "falami", w których liczba atakujących naszą drużynę stworów rośnie proporcjonalnie do liczebności składu naszego teamu. Za zabijanie wrogów zdobywamy punkty doświadczenia, oraz pieniądze. Po "przełamaniu" każdej kolejnej fali mamy krótki moment na dotarcie do "sklepiku", w którym kupujemy broń, amunicję, wzmacniamy pancerz, itp. Jedynym elementem nadającym pozory fabuły jest tu skrótowe dossier każdego z "awatarów", w którego możemy się wcielić. Trochę to mało, żeby w pełni poczuć klimat...

To, co już na pierwszy rzut oka wygląda całkiem obiecująco, jest możliwość wyboru spośród sześciu klas postaci, z których każda na wstępie dysponuje pewnymi bonusami, oraz która zdobywa nowe umiejętności wraz z rozwojem charakterystycznych dla niej cech. Wybór klasy nie determinuje możliwości rozwoju dodatkowych umiejętności, jednak bywa tak, że niektóre z nich (z racji np. mniejszej siły ognia postaci) rozwijają się wolniej lub szybciej w zależności od tej decyzji.

Broni jest całkiem sporo i tutaj trzeba oddać uczciwie, że twórcy przyłożyli się do tego, by różnice między poszczególnymi jej typami były odczuwalne. Czuć siłę ognia, po zmianie np. jednego Desert Eagle na trzymane w dwóch łapach egzemplarze tejże broni. Bywa, że konkretna moc karabinu zostaje zrównoważona przez konieczność częstego przeładowywania go. Ciężar niektórych z broni też nie pozostaje bez wpływu na szybkość ruchu naszej postaci. Do tego oddano do dyspozycji całkiem pokaźny arsenał broni miotanej (granaty) i białej (np. katana, czy... hm... piła mechaniczna). Amunicja wyczerpuje się niesamowicie szybko, dlatego - choć bywa to często niemożliwe - warto nieco przyłożyć się do celowania, bo pieniądze, za które możemy kupić jej więcej na drzewie nie rosną (choć bywa, że mamy "dzianego" kolegę w drużynie) i trzeba ostro o nie walczyć.

Pierwsze wrażenie i pierwsze, samotne mecze średnio przypadły mi do gustu. Ciężko jest samemu przetrwać, wierzcie mi. No, ale w ten piękny sobotni poranek postanowiliśmy z kolegą Galadhem poświęcić Killing Floor nieco więcej czasu, "wynajęliśmy" ;-) ochroniarza w postaci jego kolegi, który ma przeszło 200 godzin na liczniku w tej grze, uzbroiliśmy się w headsety i... zapomnieliśmy (a w sumie ja zapomniałem, nie chcę zabierać głosu w imieniu Galadha) o wielu wadach KF. Po prostu grało się świetnie, a przy okazji sporo frajdy było przy wymianach opinii i komentarzach w trakcie samej gry. Cóż, kwintesencja co-opa.

W grupie, dostatecznie zgranej grupie, KF nabiera skrzydeł, klimat gęstnieje, zaczyna nam zależeć na członkach drużyny ;-) a hordy atakujących stworzeń dają naprawdę poczucie uczestnictwa w walce o przetrwanie. Oczywiście, posiadanie "ogarniętych" (do których, póki co nie śmiem się zaliczać) członków drużyny to droga do sukcesu a z senseiem, z którym mieliśmy przyjemność grać, który znał na wylot zwyczaje poszczególnych gatunków mutantów i skuteczne ich metody eksterminacji to była już w ogóle bajka. No, stwory, co prawda inteligencją nie grzeszą - choć i tak AI jest tu na dość dobrym poziomie - to jednak nadrabiają liczbą i pefidią wyskakując z najmniej oczekiwanych stron i miejsc.

Podsumowując powyższy wywód - Killing Floor nie jest pozbawiony wad. Ba, ma ich nawet bardzo dużo, bo i niedzisiejszą grafikę i potrafi wywalić się do pulpitu, coś tam, coś tam, ale zawiera też masę elementów, które dają niespodziewanie wiele uciechy: możliwości rozwoju postaci mobilizują do efektywniejszych działań i aktywnego uczestnictwa w bojach, imponująca liczba narzędzi masowej zagłady podobnie a do tego spora dawka miodu płynąca z kooperacji (co prawda średnio taktycznej bo czasu na organizację jest niewiele, ale może to tylko moje, nooba odczucie).

Więc jeśli szukacie taniej (naprawdę taniej, bo gra wciąż dostępna w pakiecie http://groupees.com/bemine2), mięsisto-krwistej i nieco odmóżdżającej strzelanki w klimatach horroru spod znaku zombie apokalipsy, z przemyślanym co-opem to nie ma się sensu zastanawiać: warto!

P.S. Gdyby ktoś był zainteresowany przetestowaniem gry dysponuję dwoma kuponami, które umożliwiają użytkownikom Steama granie w pełną wersję przez 3 dni. Nie wiem, jak długo będą ważne, ale chętnych zapraszam na PW celem otrzymania dalszych instrukcji.
"...matka rodzi człowieka, matka go karmi. Potem karmi go ziemia i ziemia go przenika, za każdym razem zostawiając szczyptę pyłu, aż w końcu człowiek nie jest już dzieckiem matki, lecz ziemi."

R.S. Bakker - "Mrok, który nas poprzedza"

https://thetwilightarea.wordpress.com/ - strona poświęcona serialowi "The Twilight Zone"

Odpowiedz
#40
(06-04-2012, 11:49)military napisał(a): Graliście? Ja nie. Oceny ma mieszane, ale BIORĘ. Ten screen mnie kupił.:)

Jeżeli jest to Vigilante 8, to tak - swego czasu kapitalna gra.


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Wierzę w ciebie, Uwe! czyli Postal military 34 7,211 29-08-2013, 20:52
Ostatni post: MOLQ
  pobożne życzenia, czyli jaki film przenieść na monitory Never Fuck With Me 42 6,861 25-03-2013, 14:01
Ostatni post: zombie_sidekick
  pobożne życzenia, czyli jaką grę przenieść na kinowy ekran Phil 52 7,584 20-02-2013, 19:12
Ostatni post: Sephiroth



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości