Krótko o polskich filmach
[Obrazek: snap1.45000.4.jpg]

"Plan B" - Chciałbym w tym miejscu pochwalić i bić brawa Kindze Dębskiej za zrobienie w końcu dobrego wielowątkowego filmu w Polsce. W filmie prawie na samym starcie dostajemy solidne dramaty. W zasadzie cała piątka głównych bohaterów (Dorociński, Preis, Gąsiorowska, Olszówka, Gorol, która moim zdaniem powinna być na plakacie) przeżywa właśnie jakiś dramat, albo większy albo mniejszy. Nie znaczy to jednak, że przez cały seans będziemy zmuszeni do siedzenia z grobową miną. Film co chwila daje nam powód do uśmiechu, albo i do szczerego śmiania, i jest po prostu uroczy, a zwłaszcza Dorociński z psem. Żaden wątek nie przynudza, ani nie jest na siłę, doczepiłbym się tylko do jednej rzeczy w fabule:

Nie dostajemy tu żadnej patologii, ani chorób. W końcu, do cholery! Cała historia jest o zwykłych ludziach, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji. Z jednej strony uważam, że film powinien być dłuższy, bo 1h20 minut dają nam wystarczające informacje o postaciach, lecz chciałbym pobyć z nimi trochę dłużej, co właściwie jest solidnym pozytywem. Z drugiej strony uważam, że
Główna obsada, którą wymieniłem wcześniej w nawiasie sprawiła się bardzo dobrze. Marcin Dorociński miał świetny duet z pieskiem, Romie Gąsiorowskiej bardzo ładnie w blondzie, a Małgorzacie Gorol życzę więcej ról, bo sprawdza się super. A, i Daria Zawiałow oczywiście na ogromny plus. 8.5/10.

Odpowiedz
[Obrazek: 8579448-moje-corki-krowy-900-506.jpg]

"Moje córki krowy" - Pani Kinga Dębska ponownie mnie zachwyciła i dała mi kolejny bardzo dobry film. Plusy chyba będą mniej więcej takie same jak przy "Planie B". Dialogi, postaci, świetna obsada. Tym razem jest tu jedna historia, w dodatku o wiele bardziej dramatyczna niż w tegorocznej produkcji Dębskiej. Reżyserka umie przedstawiać emocje i związane z nimi wydarzenia, i mimo, że mamy tu poważny temat, to wiele razy można się uśmiechnąć. Na paleniu trawki popłakałem się ze śmiechu. 8.5/10. Czekam już na każdy film Kingi Dębskiej, a w prawdopodobnie jeszcze w tym roku wyjdzie "Zabawa, zabawa". W głównych rolach Agata Kulesza i Marcin Dorociński, których uwielbiam, a pieczę nad nimi sprawować będzie właśnie Dębska.

Odpowiedz
Yuma

Wow, już dawno nie widziałem takiej chujni :)

Odpowiedz
Underdog (2018, reż. Maciej Kawulski)

Mam tak, że jeżeli film w opisuje fabuły wspomni o sportach walki, to z urzędu chcę go obejrzeć. Zwiastuny i recenzje oraz wszystkie inne sygnały mogą być najgorsze na świecie - nadal chcę to zobaczyć. Pójdę nawet krok dalej i dodam, że w trakcie seansu to uczucie nadal działa. Tym sposobem dochodzę do pierwszego problemu z filmem "Underdog", który reklamowany jest jako pierwsza w Polsce produkcja o MMA. W nim nie ma MMA. Nie ma tutaj mowy o jakimś "KSW: The Movie" - absolutnie nic z tych rzeczy. I ok - to w sumie samo w sobie nic złego, więc nie chodzi mi o to, że takie podejście jest problemem samym w sobie. Nie jest. Przecież najlepsze dramaty sportowe w historii również nie były nigdy filmami ściśle o sporcie, który brały za punkt wyjścia. Problemem jest to, że w "Underdogu" tego MMA mogłoby w ogóle nie być. No tylko wtedy film by nie powstał - taki paradoks.

Jeżeli ktoś przeoczy pierwsze 5 minut filmu, to nie będzie za bardzo miał pojęcia, że główny bohater to postać ze świata mieszanych sztuk walki. Bo "Underdog" to prosta, nawet jakoś tam życiowa historia o człowieku, który się pogubił i czuje, że przegrał. Jest to jednak napisane bardzo ciężką ręką, więc bohater ma brata na wózku, trudne relacje z ojcem, pije, ma parszywą robotę. Wszystkie te wątki składają się na pierwszy sygnał ostrzegawczy przed tym, że ktoś przedobrzył. Drugi chowa się w dialogach. Bohaterowie w tym filmie nie rozmawiają - wymieniają się hasłami, które w założeniu miały być cool. Nie mam tutaj normalnych dialogów, bo po co skoro w każdym zdaniu można próbować wsadzić one-linera. Trzecie ostrzeżenie to reżyseria i idąca za nią cała warstwa realizacyjna. Debiutujący w roli reżysera filmowego szef KSW chciał dobrze - autentycznie w to wierzę. No tylko właśnie tak bardzo chciał dobrze, że starał się za bardzo. Tym sposobem pół filmu nakręcono w zwolnionym tempie, pod co drugą scenę podłożono jakieś piosenki, a na sceny nakładano presety kolorystyczne z jakiejś paczki "blockbuster look", czy czegoś podobnego. Krótko mówiąc rozciągnięto tutaj stylistykę ze spotów reklamujących gale KSW do 120 minut. No nie jest to najłatwiejsza w odbiorze forma.

Film skupia się w 100% na głównym bohaterze i tutaj twórcy mieli szczęście, że trafili na niezłego Lubosa. Gość tworzy swoją rolę w zasadzie bez scenariusza - ten służy mu niestety wyłącznie przy treści wypowiadanych zdań. Chociaż miejscami miałem wrażenie, że aktor dodawał coś od siebie, bo kilka fragmentów było na wyraźnie lepszym poziomie. No i Lubos dwoi się i troi w tej historii o niczym. No a sam oglądam to ze świadomością, że gdzieś tam w tle jest to MMA i zaraz może reżyserowi się o tym przypomni. No i przypomina, bo od połowy film jest montażem treningowym. Klarując - przez pół filmu na ekranie widać Lubosa zakopującego się w różnych życiowych problemach, a następnie można podziwiać go ćwiczącego w zwolnionym tempie. No i gdzieś tam jeszcze ma miejsce walka, którą z jakiegoś powodu jednak nakręcono w taki sposób, żeby absolutnie nie przypominała rzeczywistej walki MMA.

Jak to jest, że film robiony w zasadzie przez federację zajmującą się sportami walki, REŻYSEROWANY przez szefa tej federacji nie posiada żadnej normalnej sceny walki? Wydano pieniądze, wykonano sporo pracy, zrobiono film kinowy i zmarnowano szansę na zaprezentowanie swojego sportu na wielkim ekranie. To jest coś czego nie pojmuję. Zatrudniono tutaj przecież nawet do jednej z ról polską ikonę MMA - Mameda Khalidova. No i co? Po to, żeby mógł sobie pogadać przed kamerą? Dziwna decyzja. Warto dodać, że wspomniany Mamed wypadł spoko. Z nim zresztą wiąże się chyba najlepsza scena w filmie, które bardzo fajnie rozbija klasyczny model fabularny w filmach sportowych, a więc konflikt protagonisty z antagonistą. Gdyby tak ktoś to wszystko lepiej ogarnął - szkoda, że zmarnowano tak dobry pomysł.

Moja sympatia, a w zasadzie wręcz fakt bycia fanboyem filmów ze sportem w tle nie pozwala mi tak jednoznacznie "Underdoga" nie lubić. Czuję, że komuś tutaj zależało. No, ale właśnie paradoksalnie to też ten film pogrzebało. Czasami nie jest dobrze, jak chce się za bardzo. Tak samo jak nie jest najlepszym pomysłem robienie filmu o MMA bez MMA.

3/10 ale z takim żółwikiem dla twórców
.

Odpowiedz
[Obrazek: 5c2fc805211ee_o,size,1068x623,q,71,h,79db0a.jpg]

Pani Kinga Dębska mnie po prostu rozpieszcza swoimi filmami. W przeciwieństwie do jej dwóch poprzednich filmów, ten nie jest już tak uroczy (może tylko na samym początku), a cholernie mocny. To co przeżywają dwie postacie grane przez Kolak i Kuleszę nie jest tak dobitnie pokazane jak jedna szczególna scena z udziałem najmłodszej głównej bohaterki. Komediowa forma znana ze zwiastuna przejawia się tylko parę razy, ale nic absolutnie nie zapowiadało takiej sceny, od której chciało się odwrócić głowę. Parę ważnych plusów:
- Miły klimat na początku. Brodka i Hey, bardzo ładne ujęcie jadącej Marii Dębskiej na rowerze (slalomem, ale jednak) na tle ładnej Warszawy.
- Maria Dębska. Ta aktorka zasługuje na osobny punkt. Jej postać miała największy rozwój w ciągu filmu, no i miała bardzo trudną rolę. No i cholernie miło się na nią patrzy. O niej będzie głośno.
- Reszta aktorstwa. Kolak pokazała największy i najgorszy stadium alkoholizmu, i było to niemal przerażające. Agata Kulesza gra tu tak swojsko, że jak się ją ogląda nie myśli się kompletnie o odgrywaniu roli. Jej maniera jest tak swobodna i lekka, że aż (mimo swojej powagi) przyjemna. Marcin Dorociński nie miał może tu dużo do grania, ale wspólne sceny z Kuleszą miał bardzo dobre. Panowie policjanci mi nie przeszkadzali, a wręcz bawili. Cameo Dziędziela bardzo dobre.
- Ładne zdjęcia.
- Alkoholizm, albo raczej alkoholicy nie są pokazani jako wyłącznie rzygające i srające pod siebie menelstwo. W tym przypadku to wysoko postawione dwie kobiety, oraz wzorowa studentka/pracownica, które swoją chorobę ukrywają pod ładną aparycją. Jednak jest za to dobitnie pokazana bohaterka bliska przegraniu z nałogiem, która wygląda niemal jak trup, ale jest to już w momencie, gdy wszystko jest u niej niemal rozwalone.

I tu pojawia się plus/minus. Dostajemy ponownie otwarte zakończenie i tu plus, bo sam mogę sobie dopowiedzieć resztę historii (zresztą mimo tej otwartej furtki dostajemy wskazówki na tacy). Minus, bo film jest krótki (1h28 z napisami), i więcej scen z tymi postaciami by nie zaszkodziło. Sala była niemal pełna, i i z boku i z góry słyszałem zdziwienie, że to już koniec.

Dobiła mnie jeszcze prawie ostatnia scena z rodzicami najmłodszej bohaterki. Na ekranie płacz szczęścia i sielanka, a ja siedzę w totalnej miazdze, zszokowany tą całą sytuacją, i bezsilny. Z jednej strony fajnie i miło, że tam się tak dzieje, ale gdy zna się prawdę, ciężki temat.

Jestem bardzo zadowolony z tego filmu. 9.5/10 i jak zwykle - czekam na kolejny film pani Dębskiej.

Odpowiedz
A film o którym piszesz to ma jakiś tytuł? Bo nie padł w twojej wypowiedzi...

Odpowiedz
"Zabawa, zabawa", aż zapomniałem.

Odpowiedz
[Obrazek: monument-jagoda-szelc-1-1.jpg]Dzięki uprzejmości Białostockiego Ośrodka Kultury oraz Velvet Spoon czyli dystrybutora w ramach trwającego w naszym mieście festiwalu "Underground/Independent" miałem okazję przedpremierowo (oficjalnie bowiem film ten wchodzi do polskich kin w przyszły piątek) obejrzeć najnowszy film Jagody Szelc czyli "Monument".

Swoją drogą jakże  mógłbym z tej możliwości nie skorzystać, skoro był to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tytułów roku? Głównie dlatego, iż byłem ciekaw czy po wspaniałym debiucie, jakim była „Wieża, jasny dzień” Jagoda Szelc będzie w stanie po raz kolejny wznieść się na podobnie wysoki poziom. Czy nie ulegnie pokusie, by kosztem porzucenia własnej, oryginalnej i nietuzinkowej wizji artystycznej spróbować dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców? 
 
Po seansie jednak mogę śmiało odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że moje obawy okazały się równie istotne, jak „łzy w deszczu”. Jagoda Szelc po raz kolejny dostarczyła nam prawdziwą filmową ucztę. Nic więc dziwnego, że powoli wyrasta na mojego ulubionego polskiego twórcę. Podziwu godna jest bowiem odwaga z jaką, ta wciąż przecież młoda jeszcze reżyserka, podąża wytyczoną przez siebie ścieżką kina „autorskiego” nie zwracając uwagi na powszechnie obowiązujące konwencje i schematy. Przeciwnie! Wnosi do polskiego kina „twórczy ferment” ponieważ bawi się niedopowiedzeniami, żongluje gatunkami oraz potrafi umiejętnie stopniować napięcie dzięki czemu tworzy produkcje nieszablonowe, trudne do jednoznacznego „zaszufladkowania” czy definitywnej interpretacji. Zresztą podczas towarzyszącego projekcji spotkania Szelc wręcz zachęcała do tego, aby nie bać się odbierać tej produkcji indywidualnie przez pryzmat własnej wrażliwości. Jak to bowiem słusznie ujęła „każdy widz tak na prawdę ogląda swój własny film”. 
 
Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że podobnie jak to miało miejsce w „Wieży...”, śledząc przedstawianą nam historię już od pierwszych scen czujemy podskórny niepokój, choć nie umiemy określić jego źródła. Mamy jednak pewność (a z każdą upływającą sekundą to przekonanie tylko narasta) że coś ewidentnie jest nie tak. Że dotychczasowy porządek zaczyna rozpadać się na naszych oczach a rzeczywistość ulega potwornej deformacji. W tym miejscu warto także moim zdaniem zauważyć pokrewieństwo, jakie moim zdaniem łączy twórczość Jagody Szelc z dokonaniami takich mistrzów kina jak Stanley Kubrick (Przede wszystkim mam tu na myśli „Lśnienie” z uwagi na miejsce akcji, jednak czy tytułowy monument nie jest odwołaniem do „2001 Odyseja Kosmiczna”?), Peter Weir („Piknik pod wiszącą skałą”), Yorgos Lanthimos (choćby dlatego, że gra aktorska jest podobnie nienaturalna a bohaterowie „autystyczni”), Lars von Trier (jedna z finałowych scen przywodzi na myśl „Idiotów”) czy dokonania mistrza filmowego oniryzmu Davida Lyncha ( niczym w "Blue Velvet" tego autora do pozornie uporządkowanego świata i racjonalnego świata wdarł się jakiś "piekielny pierwiastek"). 
 
Podsumowując Gorąco polecam obejrzeć "Monument" każdemu, kto nie boi się kina niesztampowego, oryginalnego i zmuszającego do myślenia. Produkcji przemawiających niemalże wprost do naszej podświadomości.  Jest to bowiem jeden z tych obrazów, które nie koniecznie trzeba rozumieć, co raczej czuć. Takich dzieł w Polsce nie ma wielu, zatem każdą próbę należy doceniać.

Najlepszy film 2018: Suspiria

Najlepszy film 2017: A Ghost Story

Najlepszy film 2016: Zwierzęta Nocy

Najlepszy film 2015: Lobster




Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dystrybucja polskich filmów na świecie Pai-Chi-Wo 9 716 04-10-2018, 19:45
Ostatni post: Pai-Chi-Wo
  Efekty dźwiękowe w polskich filmach... pawian 25 4,698 08-08-2007, 08:31
Ostatni post: Massimo



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości