Ankieta: Jak oceniasz film?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





Once Upon a Time in... Hollywood
Jak niepotrzebna jak potrzebna. Była po to żeby pokazać dlaczego Randy tak sceptycznie podchodzi do ponownego zatrudnienia Cliffa i tego czemu jego żona go tak bardzo nie trawi. Oprócz oczywiście motywu z żoną.

Moment z Lee i samochodem był świetny Uśmiech

Odpowiedz
(17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie z tych jego odgłosów? U mnie ludzie śmiali się tylko wtedy gdy je wydawał.

Odpowiedz
(17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie przez to, że to średniej jakości slapstick, a jak wiadomo - tego typu humor jest najłatwiejszy do przyswojenia przze większość? Uśmiech

Odpowiedz
No ale gdzie jest jakiś gag i puenta w tej scenie, jakaś jej kulminacja, nadanie sensu dla późniejszej części filmu? To zapchajdziura jak McQueen przy basenie, bo cały film to zlepek przeczytanych/wymyślonych anegdot, zaczynam się zastanawiać czy Quentina nie fascynowała konstrukcja taka jak w scenie przemiany z Amerykańskiego Wilkołaka w Londynie. Tam wiemy, że nastała noc z pełnią i czekamy na słynny popis Ricka Bakera, ale John Landis gra widzom na nosie. Bohater posnuje się po domu, przeczyta książkę, zje kolację, obejrzy z "nami" serial w bardzo długim wprowadzeniu. A potem nagle zaczyna się TO, wchodzi z pełną mocą na uśpioną czujność widza. Być może Tarantino chciał aby widz nie mógł się doczekać wiadomego wątku Sharon Tate, ale trolluje go podobnie jak Landis- Brad Pitt zamyśli się na dachu, aż widz zapomni, że to retrospekcja, z Leo włączą sobie serial i będą go komentować jak Beavis i Butthead, Robbie trochę pojeździ po mieście, trochę zrobi zakupy, trochę pójdzie do kina. Kurt Russell opowie nam o zupełnych pierdołach.

Wracając do Pitta, pokazanie jego umiejętności walki miałoby sens gdyby


Odpowiedz
(17-08-2019, 17:57)Szaman napisał(a): Co do wątku żony, już sam kwas wystarczyłby jako usprawiedliwienie absurdalnej brutalności, przynajmniej w oczach widza, który tak jak ja nie ma pojęcia jak to cudo działa.
Ciekawa była reakcja widowni jak kwas zaczął Pittowi wchodzić i machał ręką w powietrzu (kwas sprawia że zostają mocne powidoki) - jakieś 1/5 (czyli pewnie ci co wiedzieli o co chodzi) sali się zaśmiała już na początku, reszta dołączyła przy pierwszych komentarzach Pitta.

Odpowiedz
Tak jeszcze przypomniało mi się, że jeśli rzeczywiście na początku postać Brad Pitta miał zagrać Tom Cruise, a w Sharon Tate miała się wcielić Jennifer Lawrence to Quentinowi zaczynają szwankować już nawet castingi, ale jeszcze się wybronił. Nie potrafię wyobrazić sobie Cruise'a jako takiego luzaka w hawajskiej koszuli, zapewne był pierwszym kandydatem z racji swoich zdolności kaskaderskich i aury dziwnych plotek z życia prywatnego, ale i tak skończyłoby się pomyłką obsadową. Lawrence chyba nie muszę tłumaczyć, nie ta aura, nie ten styl, nie ten typ urody, nie wiem którym okiem zobaczył w niej Tate, jeśli to jest prawdą.

Odpowiedz
Mnie w tym filmie razi Margot Robbie ogladająca film z Sharon Tate. To fajna scena, jasne, ale Margot Robbie nie wygląda jak Sharon Tate, podobieństwo między obiema paniami jest co najwyżej delikatne, więc nie bardzo wiem co Quentin chciał osiągnąć pokazując Robbie oglądającą na ekranie kogoś kto wygląda inaczej niż ona.

Jeśli miał to być hołd dla tragicznie zmarłej aktorki, to dopisuję go do listy innych dziwnych hołdów / zabiegów w tym filmie które uważam za totalnie chybione.

@Szaman
Też nie umiem.sobie wyobrazić Toma, z drugiej strony to mogłaby być jego najciekawsza rola od czasu Zakladnika.

Odpowiedz
Wydaje mi się, ze tą plotę z Lawrence obalono jakiś czas temu.

A nawet jeśli była przymierzana do roli, to bardziej prawdopodobne, że to pozostałość z czasów współpracy z Weinsteinem i jego pomysł, a nie samego Tarantino. Nie wiem jak z timelinem, ale afera z tym oblechem wypłynęła już chyba po informacji, że QT będzie kręcił film powiązany z tą masakrą.
zombie001, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Jul 2013.

Najlepszy film:
2014 - "BIRDMAN"
2015 - "MAD MAX: FURY ROAD"
2016 - "SŁUŻĄCA"
2017 - "GHOST STORY"
2018 - "SPIDER-MAN UNIWERSUM"
2019 - "TOY STORY 4"



Odpowiedz
Może ktoś zdołał zablokować komputerowe wklejenie Robbie w film z Tate?

Odpowiedz
Ja tam doskonale potrafię wyobrazić sobie Cruise'a w roli Cliffa, zwłaszcza że on jakoś tak bardziej mi pasuje na kaskadera, a u Pitta miałem takie poczucie jakie wyraża zresztą jedna dialog: czemu z taką prezencją i charyzmą Cliff jest tylko kaskaderem?

Odpowiedz
Dołączam do zachwytów, powiem tylko tyle, że gdy film który się kończy po 3 godzinach , a ja mam wrażenie, że to dopiero połowa i myślę sobie "co? to już koniec? tak szybko?" to jest dowód na to, że Tarantino wrócił do wielkiej formy. Chciałbym oglądać więcej Ricka i Cliffa bo to dwie genialne postaci genialnie zagrane przez dwóch genialnych aktorów. Film z miejsca wchodzi do mojego TOP3 ulubionych filmów Tarantino obok "Pulp Fiction" i "Bękartów wojny". 9/10
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Najgorszy film Tarantino, przynajmniej z tych co widziałem. Scenopisarski belkot o niczym. Fabula a raczej jej brak nie prowadzaca do niczego. Nuda wiejaca z dialogow co sie Tarantino nigdy nie zdarzylo.
Jedyne plusy to swietny Leo i Pitt.
Ani to klimatyczne, ani ciekawe, malo angazujace. Przez caly seans mialem w dupie co spotka bohaterow i za to Tarantino nalezy sie kopniak w jajca.
Generalnie strasznie sie na tym filmie zawiodlem, za dlugi, zbyt nuzacy a co najgorsze majac takich swietnych aktorow na pokładzie i talent do pisania swietnych dialogow wysmazyc taka parujaca kupe?
Wstydz sie Quentin, wstydz sie.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron

Odpowiedz
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zgadzam się z Waszymi zarzutami. A skojarzenie z "Romą" w czasie seansu miałem również, bo to filmy, które powstały z tych samych powodów. Wielcy, uznani reżyserzy, którzy mogą robić, co chcą uznali, że właśnie zrobią, co chcą. No i zrobili. Rozliczyli się ze swoimi światami za pomocą filmów.

Tak, jest tu pełno scen, który teoretycznie można wyciąć. Tak, nie ma to absolutnie klasycznej konstrukcji fabularnej. Całość nawet w pewnym sensie sprawia wrażenie filmu o niczym. W krytyce wszystko się zgadza. I nie ma znaczenia. Zapraszam do przeczytanie mojego tekstu, który pewnie jest niemniej pretensjonalny, co nowe dzieło QT, którego nawet w sumie nie lubię.

Tarantino opowiada swoją wersję bajki o krainie ze snów, która prawie istniała naprawdę. Prawie. Jednak zaistnieć w pełni nigdy nie miała szans, co Quentin mówi w jednym z pewnie stu metakomentarzy, w tym wypadku poprzez filmowego Steve'a McQuenna. Tarantino wyraźnie cierpi z tego powodu. Czuje wyraźną potrzebę rozliczenia się z wydarzeniami, które nie dopuściły by jego kraina ze snów mogła istnieć w rzeczywistości. Jednocześnie jednak rozumie, że pewne rzeczy stać się musiały. Problemem jest jednak sposób, w jaki do niech doszło. Tego on nie akceptuje. To go boli. No i tutaj docieram do kluczowej sprawy, bo gdy artysta cierpi, to zaczynają dziać się różne rzeczy. Czasami rzeczy wielkie.

Quentin buduje w "Once Upon..." klasyczną konstrukcję bajkową. Poza pięknym do podziwiania światem, uwaga skupiona jest na kilku bohaterach. Każdy z nich jest symbolem pewnych wartości. To typowa sytuacja w baśniach. Protagonista nr 1, to grany przez DiCaprio aktor. Aktor, który ogromnie się boi o swoją przyszłość, jednocześnie nie chcąc zmieniać za wiele w teraźniejszości. Nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, gardzi przemianą ulubionego gatunku filmowego w jakieś - jego zdaniem - dziwadło. Natomiast na planie setnego telewizyjnego westernu, w którym mu przychodzi grać, dostaje lekcję aktorstwa od dziecka. Przemiany uderzają go z każdej strony. Nie umie sobie z nimi poradzić, nie umie stawić czoła wyzwaniom. Jego życie polega wyłącznie na patrzeniu wstecz, gdzie wbrew pozorom wielu sukcesów też nie widzi. Z nadzieją spogląda na symbolizującego wielkie zmiany młodego reżysera, który został jego sąsiadem. Jednak nawet nie próbuje go poznać. On by chciał, żeby ten go odkrył jakimś cudem sam. Ten gość to nośnik niepokoju. Lęku przed zmianami.

Protagonista nr 2, to kaskader z twarzą Brada Pitta. Gość, który ma teoretycznie wszystko w dupie. Teoretycznie. Bo tak głębiej, to człowiek kierujący się bardzo konkretnym kodeksem moralnym. Skupia się na pomocy protagoniście nr 1. I to go w pełni satysfakcjonuje. Jego misją jest przeprowadzić przyjaciela przez trudny okres przemian. On sam je bowiem bardzo dobrze znosi. Na pierwszy rzut oka nawet nie ma z nimi problemu. Bardzo twardo stąpa po ziemi, zna swoją wartość. Nie załamuje się pod ciężarem oskarżających go o różne ciężkie przewinienia spojrzeń. Umie uczciwie przyznać, kiedy zasługuje na karę. Ten bohater sobie żyje i podziwia swoją piękną krainę. Kiedy jednak dostrzega w niej potwory, to nie odwraca wzroku. Interweniuje. I będzie interweniować zawsze, kiedy nadejdzie taka potrzeba. Ta postać to symbol przyjaźni, odwagi i walki.

Trzecia na plakacie jest Margot Robbie, grająca symbol niewinności, damę w opałach i przy okazji prawdziwą aktorkę, co podbija emocjonalną stronę historii. Ona jest nowa w tej bajkowej krainie. Chce się nią cieszyć. Najlepiej w towarzystwie innych ludzi, bo w końcu na tym polega świat, do którego wskoczyła. Na wspólnej radości. I to właśnie ona symbolizuje. Radość i niewinność.

Jakby tego było mało, to nawet bajkową postać mędrca Tarantino tutaj wrzucił. Gra go sam Al Pacino. To on tłumaczy pierwszemu z głównych bohaterów, co się dzieje. On zwraca mu uwagę, że trzeba zacząć działać. To w końcu on wyśle go w podróż, która zmieni wszystko.

Nie może się to wszystko oczywiście odbyć bez postaci "tego złego". Nie ma on nawet imienia. Mignie on gdzieś tylko na chwilę. Spojrzy. Zaniepokoi i zniknie. Pociągając jednak za sznurki z odległości. Pozornie nieobecny, a jednocześnie od momentu pojawienia się rzucać będzie cień na całą krainę, już do samego końca historii.

Reżyser bardzo długo rozstawia swoje figury. Bardzo długo przedstawia też świat, w którym jego opowieść się odbywa. On chce tu być i chce, żeby widzowie też tu trochę pobyli. Pomaga mu w tym fenomenalny Robert Richardson, który przepięknie ukazuje wspaniały efekty pracy scenografów i kostiumografów. Nad wszystkim czuwa też Fred Raskin, który absolutnie nie zamierza tutaj czegokolwiek swoim montażem przyśpieszać. Jakby mówił, że na wszystko przyjdzie pora. W swoim czasie.

Walka dobra ze złem w każdej bajce być w końcu musi. Jest i w tej. Czające się na bardzo odległym planie zło jest tutaj obecne niemal od początku. Ukazywane subtelnie. Kuszące najtwardszego z bohaterów. Wreszcie nawet się z nim nieśmiało konfrontujące. Bajka jednak zanim dotrze do finału, to musi przeprowadzić drugiego z herosów przez jego wątek. Tarantino konfrontuje tutaj wreszcie swojego bohatera z jego lękami. Z koniecznością zmian. Z nieuniknionym upadkiem jego świata. Jednak upadkiem, po którym można budować, albo przynajmniej powinno się dać. 

Upadek i zmiana są nieuniknione. Tarantino to rozumie. Szczęśliwe zakończenie nie oznacza, że upadek nie nastąpi. Od początku kluczowe jest tutaj coś innego. To jak nastąpi. Dlatego zło w tej historii jest tak bardzo złe. Ono nic nie zmienia. Nie wpływa na bieg wydarzeń. Ono wyłącznie niesie ból i cierpienie. To jest zło esencjonalne. Najgorsze z możliwych.

Hollywood w 1969 roku było u progu zmian. Niecały rok później "Midnight Cowboy" dostanie Oscara za najlepszy film - jako pierwszy z kategorią wiekową "dla dorosłych". Przy okazji będąc pierwszą produkcją z takim oznaczeniem wyświetloną w Białym Domu. Równolegle Peckinpah zerwany wreszcie ze smyczy kodeksu Haysa prezentuje "The Wild Bunch", Wexler wyskakuje z "Medium Cool", a Hopper zmienia pewnie świat niejednego młodego człowieka poprzez swojego "Easy Ridera". To wszystko się działo naprawdę. Nie w bajce. Klasyczne westerny odchodziły, hipisi szaleli na ulicach, rewolucja trwała na całego. To był prawdziwy świat. Tarantino z tym wszystkim się godzi. Pokazuje, że należy to akceptować. Że jak chce się w tym wszystkim pozostać, to trzeba jakoś po prostu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Bo tak było, jest i będzie.

Tarantino nie godzi się tylko z jednym wydarzeniem. Tym, które najszybciej przychodzi do głowy, gdy mówi się o roku 1969 w Hollywood. I o tym jest jego film. O tym, że ten świat się zmienia, bo się rozwija, bo ewoluuje, bo ludzie chcą zmian. Bo ludzie żyją i też się zmieniają – czasami bezboleśnie, czasami z pomocą przyjaciół. I nie potrzebują do tego bandy zwyrodnialców, których nie da się nazywać ludźmi. To nie ich podpis powinien być pod rozdziałem historii świata pt. rewolucja w Hollywood.

Nigdy bym się nie spodziewał, że z filmu Quentina Tarantino wyjdę tak głęboko poruszony.
.

Odpowiedz
Fantastycznie napisane Srebrnik. Brawo, brawo!

U mnie ocena filmu rośnie z dnia na dzień, na pewno muszę go znowu zobaczyć.
- I don't advise a haircut, man. All hairdressers are in the employment of the government. Hairs are your aerials. They pick up signals from the cosmos, and transmit them directly into the brain. This is the reason bald-headed men are uptight.
- What absolute twaddle.  

Odpowiedz
Również chciałem napisać, że to bardzo dobry post. Sam myślę, czy nie wybrać się ponownie we wtorek, mam cały czas ten film w głowie.

Odpowiedz
(16-08-2019, 11:28)Mierzwiak napisał(a): - dawno nie widziałem filmu na którym z taką częstotliwością myślałbym "dlaczego ta scena nie została wycięta?" Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy to absolutnie beznadziejny epizod ze Stevem McQueenem i jak dla mnie, sorry, niesamowicie denna scena z Brucem Lee
Scena z Bruce'em nie została wycięta, bo w sumie to jedna z najwazniejszych scen, która opisywała Cliffa - pokazuje jaki jest, co potrafi i jak reaguje na niego środowisko.

Cytat:- nie wiem co Quentin chciał osiągnąć takim a nie innym finałem
Jak dla mnie
Bo film w ogole jest trochę odą do Tate.

(17-08-2019, 17:53)nawrocki napisał(a):
(17-08-2019, 17:42)Krismeister napisał(a): Tak sucha, że i ja i cała sala lała ze śmiechu z perfekcyjnego naśladowania oryginalnego Bruce'a Lee.
A nie przez to, że to średniej jakości slapstick, a jak wiadomo - tego typu humor jest najłatwiejszy do przyswojenia przze większość? Uśmiech
A co tam było slapstickowego? Że jeden wyrżnął drugim o drzwi? Walka była przecież poważnie nakręcona.
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
Scena z Lee czemuś służy, za to jest beznadziejna. Scena z McQueenem ani niczemu nie służy ani nie jest dobra. Ok, służy temu żeby parę osób westchnęło "ooo Steve McQueen, patrz jaki podobny!"

Odpowiedz
Scena z Lee nie jest beznadziejna.

#zaorane ;)

Temat można zamknąć. :P

(17-08-2019, 21:38)simek napisał(a): Ja tam doskonale potrafię wyobrazić sobie Cruise'a w roli Cliffa, zwłaszcza że on jakoś tak bardziej mi pasuje na kaskadera, a u Pitta miałem takie poczucie jakie wyraża zresztą jedna dialog: czemu z taką prezencją i charyzmą Cliff jest tylko kaskaderem?
A z Cruise'em bys tak nie mial? Bo IMO byloby to bardziej dziwne.
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
Pewnie też bym miał, ale Cruise mógłby odpowiedzieć że przystojny jest, tylko mu wzrostu zabrakło żeby zostać gwiazdą.

Odpowiedz
Ale w Hollywood to chyba nigdy wzrost nie był ważny. ;) No i nie wiem czy Cruise zgodzilby sie na komentarze do jego wzrostu. W przypadku Cliffa to raczej wyglada tak, jakby jemu nie zależało na byciu gwiazdą. Jest duchem, który sobie żyje ze swoim psem i jest z tego zadowolony. Widać w filmie, że on już swoje przeżył i nie potrzebuje szczególnie wrażeń.

(18-08-2019, 03:15)srebrnik napisał(a): Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zgadzam się z Waszymi zarzutami. A skojarzenie z "Romą" w czasie seansu miałem również, bo to filmy, które powstały z tych samych powodów. Wielcy, uznani reżyserzy, którzy mogą robić, co chcą uznali, że właśnie zrobią, co chcą. No i zrobili. Rozliczyli się ze swoimi światami za pomocą filmów.

Tak, jest tu pełno scen, który teoretycznie można wyciąć. Tak, nie ma to absolutnie klasycznej konstrukcji fabularnej. Całość nawet w pewnym sensie sprawia wrażenie filmu o niczym. W krytyce wszystko się zgadza. I nie ma znaczenia. Zapraszam do przeczytanie mojego tekstu, który pewnie jest niemniej pretensjonalny, co nowe dzieło QT, którego nawet w sumie nie lubię.

Tarantino opowiada swoją wersję bajki o krainie ze snów, która prawie istniała naprawdę. Prawie. Jednak zaistnieć w pełni nigdy nie miała szans, co Quentin mówi w jednym z pewnie stu metakomentarzy, w tym wypadku poprzez filmowego Steve'a McQuenna. Tarantino wyraźnie cierpi z tego powodu. Czuje wyraźną potrzebę rozliczenia się z wydarzeniami, które nie dopuściły by jego kraina ze snów mogła istnieć w rzeczywistości. Jednocześnie jednak rozumie, że pewne rzeczy stać się musiały. Problemem jest jednak sposób, w jaki do niech doszło. Tego on nie akceptuje. To go boli. No i tutaj docieram do kluczowej sprawy, bo gdy artysta cierpi, to zaczynają dziać się różne rzeczy. Czasami rzeczy wielkie.

Quentin buduje w "Once Upon..." klasyczną konstrukcję bajkową. Poza pięknym do podziwiania światem, uwaga skupiona jest na kilku bohaterach. Każdy z nich jest symbolem pewnych wartości. To typowa sytuacja w baśniach. Protagonista nr 1, to grany przez DiCaprio aktor. Aktor, który ogromnie się boi o swoją przyszłość, jednocześnie nie chcąc zmieniać za wiele w teraźniejszości. Nie ma ochoty na dalekie wyjazdy, gardzi przemianą ulubionego gatunku filmowego w jakieś - jego zdaniem - dziwadło. Natomiast na planie setnego telewizyjnego westernu, w którym mu przychodzi grać, dostaje lekcję aktorstwa od dziecka. Przemiany uderzają go z każdej strony. Nie umie sobie z nimi poradzić, nie umie stawić czoła wyzwaniom. Jego życie polega wyłącznie na patrzeniu wstecz, gdzie wbrew pozorom wielu sukcesów też nie widzi. Z nadzieją spogląda na symbolizującego wielkie zmiany młodego reżysera, który został jego sąsiadem. Jednak nawet nie próbuje go poznać. On by chciał, żeby ten go odkrył jakimś cudem sam. Ten gość to nośnik niepokoju. Lęku przed zmianami.

Protagonista nr 2, to kaskader z twarzą Brada Pitta. Gość, który ma teoretycznie wszystko w dupie. Teoretycznie. Bo tak głębiej, to człowiek kierujący się bardzo konkretnym kodeksem moralnym. Skupia się na pomocy protagoniście nr 1. I to go w pełni satysfakcjonuje. Jego misją jest przeprowadzić przyjaciela przez trudny okres przemian. On sam je bowiem bardzo dobrze znosi. Na pierwszy rzut oka nawet nie ma z nimi problemu. Bardzo twardo stąpa po ziemi, zna swoją wartość. Nie załamuje się pod ciężarem oskarżających go o różne ciężkie przewinienia spojrzeń. Umie uczciwie przyznać, kiedy zasługuje na karę. Ten bohater sobie żyje i podziwia swoją piękną krainę. Kiedy jednak dostrzega w niej potwory, to nie odwraca wzroku. Interweniuje. I będzie interweniować zawsze, kiedy nadejdzie taka potrzeba. Ta postać to symbol przyjaźni, odwagi i walki.

Trzecia na plakacie jest Margot Robbie, grająca symbol niewinności, damę w opałach i przy okazji prawdziwą aktorkę, co podbija emocjonalną stronę historii. Ona jest nowa w tej bajkowej krainie. Chce się nią cieszyć. Najlepiej w towarzystwie innych ludzi, bo w końcu na tym polega świat, do którego wskoczyła. Na wspólnej radości. I to właśnie ona symbolizuje. Radość i niewinność.

Jakby tego było mało, to nawet bajkową postać mędrca Tarantino tutaj wrzucił. Gra go sam Al Pacino. To on tłumaczy pierwszemu z głównych bohaterów, co się dzieje. On zwraca mu uwagę, że trzeba zacząć działać. To w końcu on wyśle go w podróż, która zmieni wszystko.

Nie może się to wszystko oczywiście odbyć bez postaci "tego złego". Nie ma on nawet imienia. Mignie on gdzieś tylko na chwilę. Spojrzy. Zaniepokoi i zniknie. Pociągając jednak za sznurki z odległości. Pozornie nieobecny, a jednocześnie od momentu pojawienia się rzucać będzie cień na całą krainę, już do samego końca historii.

Reżyser bardzo długo rozstawia swoje figury. Bardzo długo przedstawia też świat, w którym jego opowieść się odbywa. On chce tu być i chce, żeby widzowie też tu trochę pobyli. Pomaga mu w tym fenomenalny Robert Richardson, który przepięknie ukazuje wspaniały efekty pracy scenografów i kostiumografów. Nad wszystkim czuwa też Fred Raskin, który absolutnie nie zamierza tutaj czegokolwiek swoim montażem przyśpieszać. Jakby mówił, że na wszystko przyjdzie pora. W swoim czasie.

Walka dobra ze złem w każdej bajce być w końcu musi. Jest i w tej. Czające się na bardzo odległym planie zło jest tutaj obecne niemal od początku. Ukazywane subtelnie. Kuszące najtwardszego z bohaterów. Wreszcie nawet się z nim nieśmiało konfrontujące. Bajka jednak zanim dotrze do finału, to musi przeprowadzić drugiego z herosów przez jego wątek. Tarantino konfrontuje tutaj wreszcie swojego bohatera z jego lękami. Z koniecznością zmian. Z nieuniknionym upadkiem jego świata. Jednak upadkiem, po którym można budować, albo przynajmniej powinno się dać. 

Upadek i zmiana są nieuniknione. Tarantino to rozumie. Szczęśliwe zakończenie nie oznacza, że upadek nie nastąpi. Od początku kluczowe jest tutaj coś innego. To jak nastąpi. Dlatego zło w tej historii jest tak bardzo złe. Ono nic nie zmienia. Nie wpływa na bieg wydarzeń. Ono wyłącznie niesie ból i cierpienie. To jest zło esencjonalne. Najgorsze z możliwych.

Hollywood w 1969 roku było u progu zmian. Niecały rok później "Midnight Cowboy" dostanie Oscara za najlepszy film - jako pierwszy z kategorią wiekową "dla dorosłych". Przy okazji będąc pierwszą produkcją z takim oznaczeniem wyświetloną w Białym Domu. Równolegle Peckinpah zerwany wreszcie ze smyczy kodeksu Haysa prezentuje "The Wild Bunch", Wexler wyskakuje z "Medium Cool", a Hopper zmienia pewnie świat niejednego młodego człowieka poprzez swojego "Easy Ridera". To wszystko się działo naprawdę. Nie w bajce. Klasyczne westerny odchodziły, hipisi szaleli na ulicach, rewolucja trwała na całego. To był prawdziwy świat. Tarantino z tym wszystkim się godzi. Pokazuje, że należy to akceptować. Że jak chce się w tym wszystkim pozostać, to trzeba jakoś po prostu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Bo tak było, jest i będzie.

Tarantino nie godzi się tylko z jednym wydarzeniem. Tym, które najszybciej przychodzi do głowy, gdy mówi się o roku 1969 w Hollywood. I o tym jest jego film. O tym, że ten świat się zmienia, bo się rozwija, bo ewoluuje, bo ludzie chcą zmian. Bo ludzie żyją i też się zmieniają – czasami bezboleśnie, czasami z pomocą przyjaciół. I nie potrzebują do tego bandy zwyrodnialców, których nie da się nazywać ludźmi. To nie ich podpis powinien być pod rozdziałem historii świata pt. rewolucja w Hollywood.

Nigdy bym się nie spodziewał, że z filmu Quentina Tarantino wyjdę tak głęboko poruszony.
Klask, klask. Bardzo ładne. Cytuje całość na wypadek jakby ktoś przypadkiem pominął :p
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości