Ankieta: Jak oceniasz film?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





Once Upon a Time in... Hollywood
Srebrnik, post bardzo fajnie napisany, ale to tylko dopisywanie jakiejs filozofi do czegos czego tam nie ma, aczkolwiek napisane znakomicie. Tak wlasnie porywa sie tlumy, tobie sie udalo, Quentinowi nie.
Terminator | Aliens | Terminator 2: Judgment Day | True Lies | Titanic | Avatar
Directed by James "THE KING" Cameron

Odpowiedz
Nie no, ludzie, nie popadajmy w zachwyty z byle powodu Uśmiech Takie ogólniki to można o każdym filmie napisać, weźcie na warsztat Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę o walce dobra ze złem i bohaterach reprezentujących jakieś wartości. (Odkrywcze Język) Jakbyś ktoś miał problem z tą interpretacją to pierwszy rozdział ma nawet tytuł "Once upon a time... in Nazi-occupied France" co jasno wskazuje na bajkowy trop. Get it?

Odpowiedz
Dokładnie, tym bardziej, że QT daje do zrozumienia że to baśń raczej ciężką ręką, zaczynając od tytułu na i żyli długo i szczęśliwie (dosłownie) kończąc.

Tyle że najlepsze baśnie zazwyczaj da się przeczytać w paręnaście minut(akurat przerabiam z młodym Andersena, jestem na bieżąco), bo to sama esensja, a nie trzy godziny zapychacza Oczko

Przychylam się do jednej z wcześniejszych opinii, że zabrakło śp. Sally która ewidentnie stanowiła fantastyczną przeciwwagę dla rozbuchanego stylu Tarantino.

Odpowiedz
Cytat:Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę

Ale "Bękarty" to jest baja i nie trzeba nawet uzasadniać tego obszernymi postami. Jedyną poważną postacią w tej bajce jest honorowy nazista, sierżant Werner Rachtman, któremu psychopatyczny Żyd roztrzaskuje głowę bejsbolem. Richard Sammel odtwarza tę rolę, jakby pomylił plany zdjęciowe i zamiast w totalnej głupocie grał w prawdziwym dramacie wojennym.

Odpowiedz
Dokładnie o to w tej scenie przecież chodziło, aby grał maksymalnie poważnie..

Odpowiedz
Jak tam obecna ocena Bękartów, Mental? 1? 0/10?

Odpowiedz
(18-08-2019, 19:25)Mierzwiak napisał(a): Nie no, ludzie, nie popadajmy w zachwyty z byle powodu Uśmiech Takie ogólniki to można o każdym filmie napisać, weźcie na warsztat Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę o walce dobra ze złem i bohaterach reprezentujących jakieś wartości. (Odkrywcze Język)

No, wreszcie chłodna krytyka. Niemniej dzięki za dobre słowa dla wszystkich. Miło mi.

@Danus, tłumów raczej nie porwałem i nie porwę. 

Wcale nie twierdzę, że odkryłem jakąś prawdę i setne dno filmu. Bardzo mocno do mnie dotarł i zechciało mi się rozpisać na ten temat, to wszystko. Sam czasem lubię poczytać różne wynurzenia tego typu. Wasze są zazwyczaj fajne, więc tu się spoko siedzi.

Mniejsza z tym. Moim zdaniem w "Once Upon..." nie ma tych zbędnych scen. W takim filmie nie ma nic zbędnego. Konstrukcja, którą sobie w tym wypadku wymyślił QT nie wymaga, aby każde ujęcie było nośnikiem szalenie ważnych dla fabuły informacji. To znowu jest odniesienie do kwestii "jak", a nie "co". Tak jak w mojej interpretacji filmu. Tarantino nie miał nigdy na celu jakiejś rekonstrukcji wydarzeń, przecież wszyscy tu to wiemy. On idzie śladami impresjonistów. Połowa filmu to widoki. Jego spojrzenie, z którym chce się podzielić. Mnie tam to pasuje, chociaż nie podchodzę do takiego kina zbyt przychylnie, ale jak trafi, to trafi. Co zrobisz. Oczywiście, że to odległe od klasycznej formy, ale to nie musi być wadą samą w sobie. Dla mnie Tarantino odchodzący od swojego legendarnego stylu, to lepszy Tarantino.
.

Odpowiedz
(18-08-2019, 22:24)srebrnik napisał(a):
(18-08-2019, 19:25)Mierzwiak napisał(a): Nie no, ludzie, nie popadajmy w zachwyty z byle powodu :) Takie ogólniki to można o każdym filmie napisać, weźcie na warsztat Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę o walce dobra ze złem i bohaterach reprezentujących jakieś wartości. (Odkrywcze :P)

No, wreszcie chłodna krytyka.
To prosze, masz wiecej, jak Ci mało: durny był ten Twój post, beka z Ciebie i Twoich bliskich!

Cytat:Tarantino nie miał nigdy na celu jakiejś rekonstrukcji wydarzeń, przecież wszyscy tu to wiemy. On idzie śladami impresjonistów. Połowa filmu to widoki.
Dobra, już bez przesady, bo się zaraz okaże, że Tarantino to teraz taki Mallick. ;) To nie jest tak przecież, że Tarantino po prostu pokazuje obrazki, żeby tylko pokazać jak widział Hollywood. Tu ewidentnie jest coś do powiedzenia. Ja tam sobie jeszcze to rozkminiam i pewnie to się wykrystalizuje jak już powtórzę film za jakiś czas, ale IMO dobrym tropem jest metakomentarz McQueena. Bo Sharon Tate i Polański reprezentutują tutaj piękne, wyidealizowane Hollywood, do którego się dąży, a Rick i Cliff to Hollywood przyziemne, prawdziwe.

W sumie ciekawe jest to, że Rick chyba w żadnym momencie filmu nie wchodzi w interakcje z ŻADNĄ prawdziwą personą z tego okresu? A Cliff tylko z Bruce'em, którego "odbrązwia" przy okazji. Reszta Holly (właśnie Tate, Polański) są pokazani tak, jak się wyobraża sobie Holly, a czasem nawet bardziej bajkowo. Są to dwa wyraźnie oddzielone wątki, które nie mogą się nawzajem spotkać, mimo że są tak blisko. I nie bez powodu myślę dzieją się w nich kompletnie różne rzeczy.

Wątek Tate i Polańskiego to sielanka - nie ma tam myślenia o pracy na planie, preprodukcji, użeraniu się z producentami. Nic takiego. A wątek Ricka i Cliffa to właściwie tylko praca i obowiązki (albo poczucie obowiązku, jak w przypadku Cliffa na farmie), a poza nią ewentualnie spędzenie wspólnego czasu z kumplem.

Ewidentnie jest tutaj coś o tym dysonansie dwóch wizji Hollywood, ale nie takim drastycznym, że mamy tutaj przegrane marzenia i kanapowe przesłuchania, a takim wciąż dość magicznym tylko z bruzdami. Bo na końcu dochodzi wreszcie do spotkania tych dwóch - poniekąd na pewno jako dowód tego, że Rick wreszcie przezwyciężył swoje obawy i dołącza do panteonu holiłudzkich bogów, ale też jako coś bardziej symbolicznego. Może Tarantino mierzący się z własnym podejściem - kiedyś wizja Hollywood była dla niego taka, potem zderzył się z rzeczywistością i teraz łączy ją sobie godząc się z tym, że Hollywood ma tak naprawdę obie te strony - i piękną, i męcząco przyziemną.

W ogóle cała końcówka miała dla mnie trochę taki niebiański element. Gdy Rick przechodzi przez bramę totalnie wyglądało to dla mnie jak wniebowstąpienie.
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):Jak tam obecna ocena Bękartów, Mental? 1? 0/10?

Zależy Od Nastroju/10

Odpowiedz
(19-08-2019, 03:08)Crov napisał(a):
(18-08-2019, 22:24)srebrnik napisał(a):
(18-08-2019, 19:25)Mierzwiak napisał(a): Nie no, ludzie, nie popadajmy w zachwyty z byle powodu Uśmiech Takie ogólniki to można o każdym filmie napisać, weźcie na warsztat Bękarty wojny i bez problemu zrobicie z tego bajkę o walce dobra ze złem i bohaterach reprezentujących jakieś wartości. (Odkrywcze Język)

No, wreszcie chłodna krytyka.
To prosze, masz wiecej, jak Ci mało: durny był ten Twój post, beka z Ciebie i Twoich bliskich!

Jeszcze trochę i będę może nawet zadowolony. Więcej jednak potrzebuję.




(19-08-2019, 03:08)Crov napisał(a):
Cytat:Tarantino nie miał nigdy na celu jakiejś rekonstrukcji wydarzeń, przecież wszyscy tu to wiemy. On idzie śladami impresjonistów. Połowa filmu to widoki.
Dobra, już bez przesady, bo się zaraz okaże, że Tarantino to teraz taki Mallick. Oczko To nie jest tak przecież, że Tarantino po prostu pokazuje obrazki, żeby tylko pokazać jak widział Hollywood. Tu ewidentnie jest coś do powiedzenia. Ja tam sobie jeszcze to rozkminiam i pewnie to się wykrystalizuje jak już powtórzę film za jakiś czas, ale IMO dobrym tropem jest metakomentarz McQueena.

Oczywiście nie chcę przesadzać. Teksty o jakichś impresjonizmach i innych cudach zawsze brzmią trochę "górnolotnie" i nie o to tutaj chodziło. Jednak nie jest tak, że ten film się gdziekolwiek śpieszy. Zdecydowanie daje sobie czas, czego efektem są takie rzeczy, jak montaż zapaljących się neonów. To jest film artystyczny. I to nie jest termin zarezerwowany dla odjazdów Mallicka. Dla mnie w wypadku "Once Upon..." to też treść. Tak jak wspominałem - nie odniosłem wrażenia, żeby to było zbędne.

Scenka z McQueenem, jak pisałem, od początku miała dla mnie znaczenie. Nie rzuca się tekstów tego typu, o głównej muzie filmu, tylko po to, żeby widownia się pozachwycała charakteryzacją aktora. Już nawet nie wspominając jednak o istotnej roli ekspozycyjnej tego dialogu.

Bardzo fajne są Twoje uwagi o dysonansie, jakimś dualizmie. To też zresztą pasuje, bo w ten sposób się tworzy narrację w bajkach właśnie. Dużo w tym filmie jeszcze do odkrycia może być.
.

Odpowiedz
Akurat scena z zapalającymi się neonami mi się bardzo podobała - to jest wielka reżyserka sztuka żeby pozornie nic nie znaczące wydarzenie pokazać jako podbudowę mrocznej atmosfery. Tutaj akurat montaż, w sensie umiejscowienia w filmie tych paru ujęć, był bezbłędny.

Odpowiedz
Reżysersko ten film ogólnie jest bardzo dobry, tutaj Quentinowi nic zarzucić nie można bo mimo wszystko facet trzyma nieosiągalny dla większości poziom, a klimat LA to zawsze klimat LA, czy to współczesnego czy sprzed dekad <3

Odpowiedz
No i to też jest podobieństwo do "Romy" swoją drogą. Tam też gigantyczne wrażenie robi reżyseria i to jak Cuaron odtworzył miasto.

Tarantino na tym polu wykonał fenomenalną robotę. LA ocieka klimatem. Jest piękne i monumentalne.
.

Odpowiedz
Nie pozostaje nic innego jak podpisać sie pod każdym słowem Srebnika. Nikt by tego filmu lepiej nie opisał.

"Once Upon.."to totalnie moje kino. Nawet bardziej niż Bękarty. Jakbym miał jakoś porównywać ten film do reszty filmografii Tarantino to okreslilbym go jako połączenie Bękartów oraz Jackie Brown. Ale to bardzo unikalny, autorski projekt Quentina.
Rozumiem jednak też zarzuty, prawie wszystkie. Nie będe sie jakoś rzucał w obronie. Ja jednak bawiłem sie niesamowicie, dawno nie miałem takiej satysfakcji ze śledzenia każdej sceny, każdego camea (te epizody faktycznie mogłyby przeszkadzac gdyby nie AKTORZY, kiedy był ostatnio film gdzie prawie każdą role dostał bardzo dobry, rozpoznawalny aktor?) 9/10 z wielkim sercem. Życze Oscarów.
Leo życiówka. A marudzenie ze epizod Lee to obraza...lol.

Btw. Epizod McQueena rzeczywiście słaby. Lewis co prawda wypadł przez te 30 sekund fajnie a scena jest potrzebna, tylko została fatalnie napisana.
Wszystko co na ma miejsce na ranczu to wyżyny reżyserskich zdolności.

Soundtrack cudny <3
Nawet Endgame nie dało mi tak wielkiej kinowej frajdy.

Odpowiedz
(19-08-2019, 14:33)Kuba napisał(a): Soundtrack cudny <3
Właśnie podczas seansu mi średnio podszedł, ale od tego czasu przesłuchałem przez Spotify kilka razy i przy każdym kolejnym podoba mi się bardziej. Ogólnie często tak mam z muzyką, że muszę się osłuchać, żeby polubić.
A moją ulubioną sceną póki co jest DiCaprio wkurwiający się na samego siebie po zapomnieniu kwestii - ten tekst, że zamiast jebanych 8 whisky sour powinien był wypić maks 4 jest genialny no i jakże życiowy Duży uśmiech 

Odpowiedz
Obserwuję Quentina od lat i mam wrażenie, że facet po prostu realizuje swoje fantazje. Jak milioner który przykladowo ekspediuje kabriolet w przestrzeń kosmiczną. Bo może. Natomiast przypisywanie jego pomysłom jakichś głębokich metafor jest moim zdaniem nietrafione. Często recenzenci wystawiają ocenę sobie a nie filmowi, za to na jakie wspaniałe odczytanie danego wątku wpadli. Dzisiaj czytając uwielbianego przeze mnie Oleszczyka złapałem się za głowę. Tak, wniebowstąpienie również było.

Niby co tam komu pasuje, ale takie mądrości nie rozwijają twórcy. Naczyta się, że długa jazda samochodem to metafora życiowej wędrówki, a prosty slasher z ciachaniem nastolatków w lesie to krytyka nadmiernego konsumpcjonizmu i prostotę zastąpi pretensjonalność.

Odpowiedz
(19-08-2019, 15:07)Szaman napisał(a): Dzisiaj czytając uwielbianego przeze mnie Oleszczyka złapałem się za głowę. 
Hehe, no on tak ma, że jak mu się film podoba to widzi w nim cuda, a że ma łeb jak sklep, to będzie wszystko analizował - o każdym wersie każdej użytej piosenki może pisać akapity i znaleźć oczywiste odnisienie do tekstu jakiegoś antropologa sprzed 50 lat Język
W sumie - po to są recenzenci z prawdziwego zdarzenia, przecież nikt by go (i wszystkich innych) nie czytał, gdyby opinie sprowadzały się do tego, że ładne zdjęcia, spoko muzyka i aktorzy, ale się trochę dłużyło, więc 6/10

Odpowiedz
Ja tam nie mam problemu z tak wybujałymi interpretacjami, zwłaszcza, jeśli w jakiś sposób się same narzucają, a w tym filmie akurat było trochę symboliki i ukrytych - mniej lub bardziej - tropów. Szkoda jedynie, że w swojej podstawowej warstwie film sie zwyczajnie nie sprawdza, co przynajmniej w moim przypadku spowodowało, że nie chciało mi się w niego mocniej zagłębiać. Jasne, przyjemnie się czyta takie posty, jak ten srebrnika, czy nawet tę wyliczankę Oleszczyka, ale mimo wszystko nie podnosi to w moich oczach wartości samego filmu, nawet jeśli przyjać, że faktycznie QT chciał, żeby jego dziełko w ten sposób odczytywano i miał gdzieś, że odebrane wprost może nie zadziałać.

Po kilku dniach od seansu, czytając te wszystkie pozytywne opinie, jest mi w sumie przykro, bo sam chciałbym dać się ponieść tej fali, wyjść z kina z zachwytem na ustach i jarać się na powtórkę, ale no nie, nie mam najmniejszej ochoty wracać do tego filmu i w sumie mało w nim momentów, które jakoś wbiły mi się w pamięć.

Odpowiedz
(19-08-2019, 15:07)Szaman napisał(a): Tak, wniebowstąpienie również było.
Bro, wniebowstąpienie jest tutaj totalnie legitne. Wiedząc jak Quentin traktuje kino, widząc co dzieje się w filmie, jak wygląda historia. Teraz absolutnie kupuje mysl o tym, ze to bardzo umyślny symbol, a nie nadinterpretacja.

Ale nie wiem co tam Olszczyk nastukał. Możecie wrzucic.

(19-08-2019, 15:06)simek napisał(a): A moją ulubioną sceną póki co jest DiCaprio wkurwiający się na samego siebie po zapomnieniu kwestii - ten tekst, że zamiast jebanych 8 whisky sour powinien był wypić maks 4 jest genialny no i jakże życiowy :D 
Taaak! :)

W ogóle w kinie moja opinia na temat scen krecenia serialu się zmieniała. Na poczatku ich przeciągniecie wydawało mi się na siłe, masturbacyjne. Ale bardzo fajnie jednak działało to w kontekście tego jak Rick dawał ciała z tekstem, jak zaburzało to płynność scen i pozwalało bardziej poczuć jego frustrację.

Ten film to taki w sumie indie character-piece - trochę jak taka "Ellie Parker" tylko zrobiona przez Tarantino i osadzona w 69. ;P

(19-08-2019, 09:40)srebrnik napisał(a): Bardzo fajne są Twoje uwagi o dysonansie, jakimś dualizmie. To też zresztą pasuje, bo w ten sposób się tworzy narrację w bajkach właśnie. Dużo w tym filmie jeszcze do odkrycia może być.
Bardzo dobrze! Połączmy siły, srebrnik! Możemy rządzić tym tematem razem! Zaprosimy tu jeszcze Oleszczyka! (Chyba, że gada jakieś totalne bzdety :P)
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
Zastanawiam się jaki musi być odbiór tego filmu przez totalnie niedzielnych widzów. Przysłowiowego Janusza z Grażyną czy innego stereotypowego gimnazjalistę. Osoby które pójdą na film bo "oo bo Brad Pitt", takich którzy ewentualnie kojarzą Polańskiego i to bardziej za sprawe o gwałt. Nawet nie wiem czy film ma się w ogóle prawo spodobać takim. Zero konkretnej fabuły. Wiele scen, które już irytują niektórych z naszych forumowych kolegów, dla takiego widza będzie totalnie głupich i pozbawionych krztyny sensu. Finał
. Rozmowa Jaya i Daltona..drętwa? Nawet jak ktoś nie wie kim jest Bruce Lee to pojedynek z Cliffem ma znacznie mniejszy wymiar. Różnica między pokonaniem jakiegoś randomowego karateki a BRUCA LEE jest znacząca.
Już o takich rzeczach jak sam klimat, magia i mit Hollywood nawet nie wspominam.

Wiem, że to raczej dość pojedyńcze przypadki będą, ale nadal - imo oglądanie OUaTiH bez wiedzy na temat bohaterów, wydarzeń i po prostu Holly, jest zupełnie bezcelowe.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości