Ankieta: Jak oceniasz film?
10/10
9/10
8/10
7/10
6/10
5/10
4/10
3/10
2/10
1/10
[Wyniki ankiety]
 
Uwaga: To jest publiczna ankieta, więc każdy może zobaczyć na co zagłosowano.





Once Upon a Time in... Hollywood
(24-08-2019, 03:12)Mental napisał(a):
SonnyCrockett napisał(a):jest tu sporo elementów których zastosowania nie rozumiem ale jest tego niewiele

Zdecyduj się: sporo czy niewiele? Oczko

Chciałem zostać Oleszczykiem i się pogubiłem. Oczko
Co to jest „FIUT”? FIUT to jest skrót moich zainteresowań „Film I Uwentualnie Telewizja”

#Official James Francis Cameron and Christopher Johnathan James Nolan Hejter# :D

Odpowiedz
W sumie przekonaliście mnie z Oleszczykiem i tak jak napisał Bibliomisiek, na przykład Olszewski w każdym filmie szukał odniesień biblijnych, takim go zapamiętałem. Bardzo lubię Oleszczyka i napisałem, że przesadził, ale w sumie taka przesada jest wyrazista i bierze się ją z całym bagażem osobowości recenzenta. Wolę też przesadę interpretacyjną od światopoglądowej lupy, a przesada jest zawsze lepsza od nudy.

No machnął się z tym Holocaustem w Bękartach, także w swoim podcaście, no ale co mam go odlajkować, czy od razu udusić? Siądzie czasem człowiekowi jakaś myśl na głowie i nie chce zejść jak azjatycka dziewczynka w Shutterze. Może zapomniał o przeskoku w czasie akcji. Narzekałem na to wniebowstąpienie, ale im dłużej zaczynam o tym myśleć tym bardziej mi się podoba. Leo w nagrodę awansuje do panteonu bogów i może spożywać z nimi ambrozję.

Odpowiedz
(24-08-2019, 16:13)srebrnik napisał(a): Część pewnie rzeczywiście jest, części pewnie nie ma. Nie pamiętam niestety teraz konkretnie, ale kiedyś jakiś reżyser wypowiedział się o recenzji swojego filmu, że wyczytał w niej rzeczy, o których sam nie pomyślał, ale bardzo podoba mu się, co ktoś w jego pracy dostrzegł.
OK.

Z drugiej strony na tym właśnie polega interpretacja - na interpretowaniu, więc tak, gdyby ograniczyć się tylko do tego, co w filmie jest podane na tacy (jak motyw powtórnych narodzin w Grawitacji), byłoby nudno.

Odpowiedz
Ale zdajecie sobie sprawę, że jest też coś takiego, jak nadinterpretacja? Uśmiech Bo o to tu się w sumie rozchodzi - nie o "aparat poznawczy" czy szyderę.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Zgadza się Mefi, ale gdzie jest granica między interpretacją a nadinterpretacją?

Odpowiedz
(24-08-2019, 19:07)Szaman napisał(a): na przykład Olszewski w każdym filmie szukał odniesień biblijnych

To właśnie on jako pierwszy na polskim gruncie napisał, że "PF" to przypowieść o dwóch łotrach, co dziś jest w zasadzie oczywistością.

Swoją drogą osobiście jestem zdania, że wszystkie możliwe motywy fabularne pojawiają się albo w Biblii, albo w mitologii greckiej albo u Homera; zmieniają się tylko kostiumy Oczko

Odpowiedz
Wetnę się w dyskusję o Oleszczyku ze swoimi wrażeniami. Tak mnie zniechęciliście pierwszymi opiniami, że zobaczyłem dopiero dzisiaj. I niestety sprawdziły się moje obawy i dołączam do rozczarowanych. Nawet nie ma sensu pisać o zmarnowanym potencjale, bo już od kilku tygodni wydawało się to nieuniknione. Niestety ten film jest chyba ostatecznym upadkiem Tarantino, do którego zmierzał dosyć konsekwentnie od Django.

-  brak fabuły nie musi być wadą, ale co to było? Szczególnie pierwsze 30-45 minut wyglądało, jakbym oglądał Quentina grającego w GTA,
- nie chodzi już nawet o te sceny jazdy samochodem, które oglądało się w miarę dobrze, ale o nachalne odwołania - lista filmów, programów telewizyjnych, nazwisk i postaci rozłożona po LA tamtych czasów. Cuaron, nawet jeśli czasami nie dużo mniej nachalny, zabierał przynajmniej w podróż wgłąb swoich wspomnień w spójny, konsekwentny sposób a tutaj mamy - zgadzam się z simkiem chyba - park rozrywki pt. LA lat 60.
- piosenki grane z radia samochodowego to już było jawne podebranie plików audio z GTA, nie? Nie powiem, nadal są to wpadające w ucho kawałki, których w większości wcześniej nie słyszałem, ale mówimy o gościu, który miał swego czasu prawdopodobnie najlepsze ucho do soundtracku i potrafił użyć go tak, że przynajmniej kilka piosenek od razu przywołuje konkretne sceny z jego filmów. A tu nie pamiętam żadnej sceny, którą muzyka wynosiłaby poza przeciętność. Nawet w takim sobie Hateful Eight ten kawałek White'a przywoływał najlepsze muzyczne momenty Quentina, był jakiś... 
- zawsze miałem jakiś tam szacunek do Quentina-filmowego geeka, ale od pewnego czasu słuchanie go w wywiadach, w których z niekontrolowaną ekscytacją zaczyna wyrzucać się siebie nazwiska bohaterów i reżyserów nikomu nieznanych spaghetti westernów jest strasznie męczące, ale to nic w porównaniu z oglądaniem tego w filmie, w takiej ilości, w tak nachalny sposób... te wszystkie plakaty, rozmowy, Wielka ucieczka, taśma 35 mm... 
- z dialogami było coraz gorzej od czasu Inglorious, ale tutaj nie ma absolutnie żadnego dialogu, który zapamiętałem (podobnie było chyba w H8) a Quentin nawet specjalnie nie próbuje,
- nie ma tu też sceny, którą chciałbym zobaczyć jeszcze raz. Nie jest nią ani ta z Lee (widziałem, że ludzie chwalą cameo Bell, nie wiem za co), ani ta na ranczo, ani finał (który pomijając jego bezcelowość - zgadzam się chyba z Mierzwiakiem - jest po prostu najmniej widowiskową, spektakularną z ostatnich końcowych rozwałek Quentina) - jakby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że pomysłem gościa, który zrobił Pulp Fiction na scenę dla postaci granej przez Brada Pitta będzie zlecenie mu przez postać graną przez Leonardo DiCaprio naprawienia jebanej anteny to bym raczej nie uwierzył. Jasne, wczesny Quentin z takiego punktu wyjścia potrafiłby pewnie zrobić coś fajnego. Ale dzisiejszy Quentin robi z tego retrospekcje równie z dupy (żona Cliffa) co blow job w H8,
- jasne, jest tu sporo zamaszystych crane shotów i całość wygląda... drogo, ale jest to chyba zdecydowanie najsłabiej wyreżyserowany film Quentina, zmontowany przy tym momentami tak chaotycznie, że głowa mała (te kolejne przeskoki do Tate w kinie); ktoś chwalił te neony, spodziewałem się, że to będzie jakiś przejazd Cliffa kilkupasmówką na tle panoramy Holly lub przejazd przez rozbłyskujące neonami miasto a nie takiego nudnego montażu...
- wszystkie te "wycięte/niewycięte" sceny na czele z tym McQueenem przy basenie...
- relacja Cliff-Rick nie jest aż tak fatalna jak niektórzy piszą, ale nie jest to też to czego się spodziewałem, Quentin chyba po prostu nie za bardzo odnajduje się w poważnych/nostalgicznych klimatach,
- jedynym elementem, który jak dla mnie broni się w 100% jest gra Di Caprio - świetny jest szczególnie na planie tego pilota, nawet jeśli cały ten wątek jest równie bezsensowny jak cała reszta,

Nie mogę powiedzieć, że jakoś bardzo się męczyłem. Tak do 3/4 czekałem aż się rozkręci a jak skumałem, że jednak nie to czekałem (nie aż tak długo) na finał. Nie wiem czy jest sens wystawiać oceny. Słabą piątkę chyba mogę dać mimo wszystko. Ale to chyba maks. Trudno mi sobie wyobrazić, żebym mógł jeszcze kiedykolwiek czekać na film Tarantino. Po tym co dziś zobaczyłem, wydaje się, że to już jest przypadek beznadziejny. Wielka szkoda. 

Odpowiedz
(24-08-2019, 21:33)Mierzwiak napisał(a): Zgadza się Mefi, ale gdzie jest granica między interpretacją a nadinterpretacją?

Tam, gdzie usilnie próbuje się uczynić dany film lepszym niż jest w rzeczywistości, przypisując mu niewiadomo jakie cuda niewidy. Moim zdaniem Once... to właśnie przykład takiego filmu - większość fanów i krytyków rozpływa się w zachwytach, prezentując kolejne "teorie spiskowe" w taki sposób, jakby chcieli koniecznie żeby ten film był czymś wielkim, niezapomnianym, wiekopomnym. I czynią to tylko dlatego, że Tarantino (bo któż by inny). I dlatego to jest zabawne.

Swoją drogą, bo wspomniałem wcześniej o Malicku, dla kontrastu - pamiętam bardzo dobrze odbiór ogólny Drzewa życia. Większość krzyczała: bełkot, reżyser przeskoczył rekina, zapomniał się, zatracił we własnym stylu i tak dalej. A przecież film to dalece bardziej duchowy i dosłownie usiłujący dotknąć swoistego absolutu, zatem jest tam o wiele większe pole do interpretacji dla widza i dla twórcy do zostawiania mu nieoczywistych tropów. Do dzisiaj zresztą film ten jest wyśmiewany. Tymczasem Tarantino kręci wspominkowy film z dzieciństwa, trochę nieporadnie łącząc fikcję z faktami i bawiąc się tymi ostatnimi i co? Arcydzieło, geniusz, wniebowstąpienie! xD 
No ale kurcze pieczone, nie znam się, bo nie jestem tak oczytany jak Oleszczyk i nie szczycę się mianem profesjonalnego krytyka filmowego (cokolwiek to znaczy w dzisiejszych czasach). Oczko 

EDIT: zdecydowałem się w końcu na takie orientacyjne 6/10 - bo wiadomo, feel, look, te parę scen i Leo, który jest po prostu za dobry na tą historię.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
(24-08-2019, 23:48)Mefisto napisał(a):
(24-08-2019, 21:33)Mierzwiak napisał(a): Zgadza się Mefi, ale gdzie jest granica między interpretacją a nadinterpretacją?

Tam, gdzie usilnie próbuje się uczynić dany film lepszym niż jest w rzeczywistości, przypisując mu niewiadomo jakie cuda niewidy.
To ciekawe, bo zakłada, że jest jakiś sposób, żeby obiektywnie ocenić jakość filmu - to jak dobry jest "w rzeczywistości".
#ChristopherLOLan #ChristopherTrollan


Odpowiedz
(24-08-2019, 18:28)Bibliomisiek napisał(a): No to tak w pigułce. Mam wrażenie, że "węziej widzący" wychodzą z prostego założenia, że tego czego oni w filmie nie widzą, tego tam nie ma, koniec, kropka, a jeśli ktoś "szerzej widzący" znalazł więcej, to się myli.

Jeżeli "szerzej widzący" nie jest w stanie wykazać, że to, co on widzi (a konkretniej - to, co mu się jawi), rzeczywiście tam jest, to nie ma powodu zakładać, że to coś tam jest. Jeżeli nie potrafisz wykazać, że przekroczenie przez Daltona bramy posiadłości Polańskiego jest metaforą wniebowstąpienia, to ja nie mam powodu przyjąć tezy, że to rzeczywiście jest metafora wniebowstąpienia. Szerzej widzący musi najpierw udowodnić, że jest szerzej widzący.


Cytat:    ...gdzie jest granica między interpretacją a nadinterpretacją?


Najpierw trzeba określić, co to jest interpretacja. Jeżeli interpretację zdefiniujemy jako "wydobycie i wyjaśnienie sensu czegoś" (słownik PWN), to wówczas nadinterpretację będzie można określić jako doszukiwanie się w interpretowanym tworze sensu, którego tam nie ma. Jeżeli natomiast interpretację zdefiniujemy jako "przypisywanie czemuś jakiegoś znaczenia" (również słownik PWN), to wówczas interpretacja z definicji staje się dopowiadaniem czegoś, czego nie ma w samym interpretowanym tworze, co czyni termin "nadinterpretacja" całkowicie zbędnym.


@Crov

Realiści estetyczni z pewnością oburzą się na twoje słowa. Uśmiech
Żółte Krzesło, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Aug 2013.

Odpowiedz
Ah, czekałem na ten głos: https://krytykapolityczna.pl/felietony/jas-kapela/dlaczego-nie-pojde-na-nowego-tarantino/
OUATIH w ogóle nie można oglądać, bo Tarantino to "przemocowiec" - to jakaś nowomowa, określenie kogoś kto na dobrą sprawę nic złego sam nie zrobił, ale był w zbyt bliskich kontaktach z kimś kto zrobił, więc lepiej, dla bezpieczeństwa, oglądać tylko filmy kobiet reżyserów.

Odpowiedz
Widzę, że QT dalej się tłumaczy, czemu w taki a nie inny sposób przedstawił postać Sharon Tate. Ale pizda z niego. Przyjaciele nie potrzebują tłumaczenia, a wrogowie i tak mają je w dupie.

Odpowiedz
Przesadzasz. Wygląda bardziej jak strumień myśli, który jakoś tak swobodnie wypłynął w rozmowie z PTA. niż silenie się na

"no muszę, po prostu MUSZĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ to wyjaśnić, bo tłuszcza tego chce!!!"
zombie001, member of Forum KMF Film.org.pl since Jul 2013.

Najlepszy film:
2014 - "BIRDMAN"
2015 - "MAD MAX: FURY ROAD"
2016 - "SŁUŻĄCA"
2017 - "GHOST STORY"
2018 - "SPIDER-MAN UNIWERSUM"
2019 - "TOY STORY 4"



Odpowiedz
Najgorsze przy tym filmie jest to, że autentycznie trafiłem na ludzi, którzy nie znają historii Polańskiego i finał był dla nich zwykłą komedią niczym w Bękartach Wojny...

Sam film raczej letni, z tym że naiwnie liczyłem, że Tarantino przysiądzie nad scenariuszem. A tak wyszła zwykła laurka dla epoki, która poza świetnym klimatem, scenografią i bardzo fajną ekipą aktorów nie oferuje nic więcej. Myk z finałem zgrabny i kupuję go, ale chyba już za dużo filmów widziałem, żeby ta brutalność jeszcze mnie brała.
Na powtórkę najszybciej będę miał ochotę, jeśli trafi się okazja zobaczyć na dobrej jakości ekranie z HDR.

Btw czy tylko ja odniosłem wrażenie, że mimo kreowania tandemu Leo-Pitt, to panowie mają tę ekranową chemię mocno wymuszoną?
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."

Profil Letterboxd

Odpowiedz
Gdy wróciłem z kina - pomyślałem "Dziwny ten film". W sumie pod względem fabularnym to przypomina polskie dramaty - tu też śladowe ilości fabuły. Zaskoczyłem się, że wątki Sharon i Cliffa właściwie się nie zazębiają i idą osobnym torem.
Bardziej to można traktować jako hołd dla hollywoodzkiego kina z tamtych lat.
Leo w tym filmie jest bardzo dobry.
Scena jak pierwszy raz pojawiają się dziewczyny Mansona - umiejętnie budowana groza.
Dobra była też sekwencja jak Pitt maszerował się do sypialni Spahna.
Uśmiechnąłem się zdanie, że polski kumpel Polańskiego woli amerykańską telewizję od polskiej. Szczerze bardziej podobała mi się Nienawistna Ósemka.
Na chwilę obecną 5/10

Odpowiedz
Bo to jest taki europejski film artystyczny, tylko że amerykański Uśmiech Kolejny gatunek na liście Quentina odhaczony

Odpowiedz
Trochę miałko wyszło. Seans wczoraj a już sporo uleciało. Na pewno oglądało się nieźle, choć czuć było dłużyzny. Chyba chodzi o to, że sceny są dobre albo bardzo dobre, ale nie kleją się w dobrze płynący film. Wątek Leo na dobrą sprawę kończy się w połowie filmu, Sharon można by niemal całkowicie wykopać z filmu, zostawić tylko scenę przy garażu pod koniec i tą w której z polańskim mijają Leo/Pitta. Brad i Leo oczywiście świetni... I w sumie tyle. Mam wrażenie, że Tarantino powtórzył w pewnym sensie Bękartów, ale zabrakło budowania napięcia i mistrzowskich scen. Co więcej, jak już jest budowanie napięcia, to później flaczeje ono tam, gdzie powinien wybuchnąć wulkan.

Odpowiedz
(05-09-2019, 09:12)Craven napisał(a): Co więcej, jak już jest budowanie napięcia, to później flaczeje ono tam, gdzie powinien wybuchnąć wulkan.
Najważniejsze, że 
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."

Profil Letterboxd

Odpowiedz
Fair point Uśmiech

Odpowiedz
To było epickie, ale rzut puszką wcześniej też zajebisty Uśmiech
Avengers: Infinity War - 10/10  <3

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości